Category Archives: Recenzje

Lord Stereo – Lord Stereo

Debiutancka EP-ka Lord Stereo ukazała się w czasach zamierzchłych, bo rok temu. I to z lekkim okładem. W ramach nadrabiania zaległości na blogu postanowiłem jednak napisać kilka słów na jej temat, bo to porcja fajnej muzyki. Od razu mówię – fajnej. Bez odkrywania nowych terenów, za to z dawką profesjonalnie kontrolowanego luzu i energii.

Profesjonalnie – bo to słychać. Jest energia, jest spontaniczność, ale od razu wiadomo, że nikt nie działał tam po omacku. Nikt też nie udaje, że w garażu zebrali się amatorzy. Jak przeczytałem na profilu grupy w serwisie bandcamp, skład Lord Stereo tworzą goście współtworzący wcześniej składy The Black Tapes, Vavamuffin, Pablopavo i Ludziki, the Monsters, Poker Face or Capital czy Oregano Chino. Mnie najfajniej z tego zestawu kojarzy się ten ostatni band. A to dlatego, że gdy prawie sześć lat temu zakładałem kapelę z Michałem Rogalskim, trafiliśmy na ich profil myspace i strasznie zajaraliśmy się tym stonerowym klimatem. Nie wiem jak Michał, ale ja do dzisiaj czasem klikam i podsłuchuję sobie tych kilku numerów. No ale ja nie o tym.

W Lord Stereo tego wszechobecnego stonera za wiele nie ma. I to chyba dobrze, bo z jednej strony od paru lat słyszę, że moda na stoner to się dopiero w Polsce zaczyna, a z drugiej odnoszę wrażenie, że co druga hard rockowa kapela próbuję się pod ów nurt w mniejszym lub większym stopniu podpinać, podszywać i szukać zrozumienia. Już pierwszy (nie licząc intra) numer pokazuje na szczęście, że będziemy mieli tutaj do czynienia po prostu z przebojowym, rockowym łojeniem, któremu charakteru dodaje retro sznyt (ale bez przesady, więcej tu Monster Magnet niż Led Zeppelin) i purplowe hammondy.

Na EP-ce znalazło się siedem numerów, bardzo fajnie rozłożonych. Niby jedna kanapka, ale im dalej się wgryziemy, tym robi się ciekawiej i poczuć możemy nowe smaki i smaczki. Znakomicie działa przedostatni w zestawie Psionic Traveller, gdzie klawisz w bardzo cwany sposób zgrywa się z gitarą, a i wokal nie pozwala sobie w tym samym czasie przeszkadzać, co nadaje całości czołgowatego, potężnego wymiaru. A po tej robiącej wrażenie, dwuminutowej pierwszej części nadchodzi bardziej przestrzenne, oddychające przełamanie i urokliwy, wyciszony fragment, rozpoczynający się od klasycznego motywu organowego.

Numery Lord Stereo są krótkie, może dlatego właśnie muzykom udało się osiągnąć rzadko spotykany efekt, w którym wydaje się, że żaden fragment nie jest zbędny. Materiał w tej kombinacji nie ma też prawa nużyć, nawet za którymś z kolei przesłuchaniem. Polecam do samochodu i na imprezę.

Reklamy
Otagowane , ,

Recenzja: Augen X – EP

Na tej płycie wszystko jest źle. Perkusja ledwo puka skryta gdzieś w tle, gitara siepie tony piachu na chłodzoną bladym blaskiem księżyca blachę, wokal jest przymulony i rozmyty w pogłosie, gdzieś tam podgrywa smutny klawisz… Ale tak ma być, i dawno żadna EP-ka/demówka nie dała mi tyle ponurej radości ze słuchania! Teraz pytanie, czy to naprawdę niezła muzyka, czy ze mną coś nie tak?

Debiut Augen X zawiera cztery numery, stanowiące mieszankę gotyckiego klimatu, cold-wave’owego nastawienia i danzigowych wokali, przyprawioną szczyptą rock n’ rolla. Chłodnymi falami zawiewa zwłaszcza otwierający płytę Vampyr, z obojętną perkusją i niezdradzającym zbyt wielu emocji, za to talent do melodii śpiewem. Z kolei w bardziej żywym (jak na zombiaka) Cut Cut Yeah Yeah usłyszeć możemy wybijający się na przód syntezator, którego partia niezmiernie przypomina mi utwór The Difference Between Us grupy The Dead Weather, co jest oczywiście skojarzeniem jak najprzyjemniejszym. Poza tym wokalista Karl pokazuje tu nieco bardziej agresywne oblicze swoich strun głosowych. Dwa kolejne numery to już danzigowa jazda na całego, z gęstymi gitarami, dodatkowo przyjemnie przeplecionymi klawiszem w Poison.

No i tak, chłopcy nagrali naprawdę fajny pierwszy materiał. Niewykluczone, że zrobili to w lesie i przy pomocy trumny, a jednak słucha się z tego niezwykle przyjemnie. Oczywiście, pierwsza rzecz, to że sterylne brzmienie niekoniecznie pasowałoby do tej muzyki. Druga – zespół ma na siebie pomysł i jest to pomysł dosyć na naszej małej scenie niespotykany, bo kto teraz tak gra? Nie znajdziemy tu jakiś oryginalnych zagrywek czy nowatorstwa, ani nawet solowych popisów – grupa tworzy swój muzyczny wizerunek konsekwentnie, kolektywnie i bez kompromisów. I chwała im za to. I tylko czekać na więcej. Podobno grają koncert w helloween – nie odpuszczę.

Do odsłuchania/pobrania/kupienia TUTAJ

Otagowane , , , , ,

Pogromcy mitów, czyli recenzja Mama Selita – 3, 2, 1…!

Nie można czuć się zupełnie bezpiecznie recenzując, oceniając, opisując czy szufladkując muzykę Mama Selity. Albowiem jak sami utrzymują, maminsyny są z nich krnąbrne, a o wszelkiej maści paskudnych krytykach wypowiadali się już nie raz w bardziej lub mniej dowcipny sposób.

No bo nie dziwię się, że porównania wymieniane przez Igora w Rockym mogą drażnić, ale z drugiej strony, do tej pory większość z nich wydawała się jak najbardziej niebezpodstawna. Byłem ciekaw reakcji chłopaków na ocenę jury w Must Be The Music, kiedy po raz kolejny padło porównanie do Rage Against The Machine, tym razem ze strony faceta z Afromental. A parę miesięcy wcześniej zastanawiałem się w klubie Chwila skąd pomysł na granie utworów RATM-u i RHCP w czasie koncertu. Chęć pójścia na przekór czy brak konsekwencji?

Niemniej wreszcie nadszedł czas, by zmierzyć się z tak długo wyczekiwanym (serio chłopaki, wybaczcie, że tyle razy pytaliśmy was „kiedy płyta” – to miał być komplement), debiutanckim krążkiem 3, 2, 1…! Także zabawmy się w pogromców mitów.

Rage Against The Machine

Przeglądając na szybko Internet łatwo dojść do wniosku, że jest to porównanie najczęstsze. I gdy posłuchać utworu Brudne Bomby wszystko wydaje się absolutnie oczywiste – od bujającej sekcji, przez funkujący i agresywny riff gitarowy, po wokale. Nawet tekstowo, choć nie ma politykowania, można poczuć buntownicze nastawianie, ze zrzucaniem bomb i jednoczeniem się w większą ekipę („każdy mój człowiek to jeden ładunek”). Podobne skojarzenia budzić mogą, choć w mniejszym stopniu, otwierający płytę Napad, a także przewijający się po tym tekście niczym Tom Morello w rankingach najbardziej oryginalnych gitarzystów w historii muzyki rockowej Rocky, oraz Moment, nagrany z gościnnym udziałem Hadesa z HiFI Banda. Zauważmy jednak, że nie jest to nawet połowa albumu. I tu Mama Selita zaskoczyła mnie naprawdę pozytywnie. Na albumie postanowili naprawdę pokombinować i pokazać różne odcienie swojej twórczości, w dużej mierze stawiając na klimat. Oprócz tych kilku cięższych petard podają rockowo-alternatywne granie w postaci Mistrzyni kamuflażuZłego chłopaka czy klimatyczne, spokojne kompozycje: znany od wielu lat z koncertów lecz ciekawie odświeżony DymDobranoc, czy chyba najbardziej udany, znakomity na zamknięcie albumu Czas przeszły.

Red Hot Chili Peppers

To porównanie chyba od zawsze wynikało przede wszystkim z efektu pierwszego skojarzenia, powiązanego z niską świadomością muzyczną dotyczącą bardziej funkowych brzmień. No bo basista coś tam zawija, gitara funkuje, wokalista buja się przy statywie – no Flea i spółka, jak nic. I porównanie nie było takie fatalne, ale więcej sensu miało jednak dobre parę lat temu. Nie mówię już nawet o czasach najbardziej zamierzchłych, kiedy Mama Selita miała jeszcze długowłosego śpiewaka na stanowisku frontmana, ale choćby brzmieniu sprzed zmiany basisty. Obecny człowiek odpowiedzialny za niskie tony, Herbert, odchodzi od grania zwariowanych i wyrazistych groove’ów w kierunku tworzenia spójnej sekcji z perkusistą. Zostawia tym samym więcej miejsca na wokal, który czasem może coś tam śpiewnie zarapuje, ale jednak jest to rap (no dobra, Kiedis też na początku rapował, ale różnica jest chyba wyraźna), a także na gitarę. Grzesiek gra w bardzo zróżnicowany sposób, często piosenkowo-akordowy we wspomnianych bardziej rockowych-mniej rage’owych numerach, czasem robi tło – parę odniesień można by zaznaczyć, jak np. świetna, ciągnąca się i przechodząca w solo partia w utworze Dym, która spokojnie mogłaby znaleźć się na albumie Californication (ten sposób płynięcia riffu, coś jak w Parallel Universe chociażby). Ale to już takie szukanie podobieństw na siłę.

Fisz

To kolejne auto-porównanie zaczerpnięte z Rocky’ego i zawsze gdy je słyszę zastanawiam się, czy to czasem trochę nie taki auto-komplement. Nie ujmując nic Igorowi, ale – jak wiadomo – Fisz Wielkim Artystą Jest. Może i jest trochę Waglewskiego w sposobie wydobywania fraz, ale generalnie Pan Seider (pan nie zejdzie, był taki numer Duży Luz, nie? do dziś go słucham, nie wiem czy powinienem o tym pisać, ale mam na dysku koncert live z Progresji, rok chyba 2006) tworzy własną jakość wokalno-liryczną i jest prawdopodobnie najbardziej oryginalnym elementem tej układanki (choć tu należy wziąć poprawkę na fakt, iż nie jestem aż tak za pan brat z rapem, żeby moja opinia była faktycznie mega wartościowa). Nie wiem jak tam jest w zespole z tekstami, czy powstają solo czy kolektywnie (trzeba będzie kiedyś zapytać), ale są naprawdę dobre i to jest z kolei opinia, z którą nikt nie ma prawa się nie zgodzić, bo się znam. Jest fantastyczne malowanie widokówek, które podoba mi się zwłaszcza w strofach dotyczących Warszawy („Chmielna, modne gangi na Vespach, stare Smieny, styl warszawskiej bohemy / wszystkie noce, które chcesz odespać i ta jedna z nim na Cytadeli” – Zły chłopak), nastrojowy storytelling (Dym), trochę rockowej autotematyki (Napad) czy kawałki bardziej zaangażowane – nazwijmy to – społecznie, dające do myślenia, a jednocześnie zabawne i inteligentne (Moment czy nastroszony świetnymi wersami Nie wolno się śmiać, gdzie Igor jest „serio, jak znicz na lastryko”).

Podsumowanie

Nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało w telewizji, ale chyba mogę napisać, że mity udało się w dużej mierze obalić, a Mama Selita swoim gorącym debiutem mocno narusza klej, na który przyczepiono doń te wszystkie dziennikarskie łatki. Może nie do końca, nie wszystkich porównań uda się uniknąć, ale dajcie spokój, nie dajmy się zabić za oryginalność. Niech się zabijają owinięci rozgałęziaczami hipsterzy na Powiślu.

O ile zespół zawiódł mnie na ostatnim koncercie, dobierając oczywiste covery itd., o tyle płyta naprawdę niemalże zachwyca. Zróżnicowana, klimatyczna, świetna zarówno na gorący warszawski dzień, jak i na wieczór spędzany gdzieś na balkonie na dwunastym piętrze, gdzie oddajesz się melancholii będąc dla postronnych jedynie niewidocznym, delikatnie rozżarzonym punkcikiem na końcu swojego ostatniego papierosa przed snem.

Jak ktoś jeszcze nie ma, to biegiem do sklepu albo przez Internet. I pytamy ich na złość, acz zupełnie serio: „hej panowie, kiedy nowa płyta?”

Otagowane , , , , , ,

SAWBLADE – DEMO

Słucham tej ostatniej demówki Sawblade i słucham i mam z nią pewien problem. Zacząć należy chyba od tego, że kończy się zbyt szybko, co brzmi oczywiście jak komplement, ale niekoniecznie musi nim być. Na płytce znalazły się cztery numery, w których muzycy robią bardzo wiele, a jednocześnie brakuje spójności i czynnika X, który ma swoją prostą i swojską nazwę, ale o tym za moment.

Na ten kwarter niezbyt długich kompozycji (łącznie niewiele ponad kwadrans) składają się: numer po polsku, numery po angielsku, instrumental i kompozycja spokojniejsza, którą można nazwać nawet balladą (choć wyjątkowo nie lubię tego słowa, o ile nie stosuje się go wobec gatunku literackiego). Otwierająca zestaw Siła pt. I to właśnie – jak wskazuje tytuł – piosenka zaśpiewana w naszym ojczystym języku. Napędza ją prosty, współgrający z sekcją rytmiczny riff w średnim tempie, uzupełniany interesującą partią gitary prowadzącej, co w rezultacie brzmi przyjemnie i nowocześnie. Wokale są przyzwoite i pasują do muzyki, choć spodziewałem się większej agresji. Frontman grupy Michał Romańczuk zdecydował się jednak śpiewać czysto, grzecznie i wręcz dość delikatnie, by w części środkowej przejść do melodeklamacji kojarzącej mi się z Glacą i starymi przebojami Sweet Noise. Kolejny numer stanowi domknięcie poprzedniego, będąc dwuminutowym instrumentalem, którego głównym elementem jest dość klasyczne solo gitarowe – być może dlatego Sawblade robi w tym momencie wrażenie bardziej tradycyjnie-rockowe.

Dalej przechodzimy do części anglojęzycznej, gdzie Rise Again oraz Disappear wciąż nie przynoszą niestety oczekiwanego przeze mnie rozwiązania. Pierwszy z kawałków to rzeczona piosenka spokojniejsza, radiowa, mogąca przywodzić na myśl niektóre radiowe próby zagranicznych zespołów grających szeroko pojęty metal nowoczesny (vide Limp Bizkit ich podejście do twórczości The Who w postaci Behind Blue Eyes, zapamiętane przez wielu za sprawą wideoklipu z udziałem Halle Berry) – przy czym tutaj znowu dostajemy melodyjną solówkę, co nie pozwala na jednoznaczne zaszufladkowanie nagrania. Zamykający płytkę Disappear wlał mi w serce odrobinę nadziei swoim dynamicznym, nieco godsmackowym riffem, jednocześnie być może najbardziej zawodząc – bo było tak blisko, a jednocześnie się nie udało…

Żeby nie trzymać dłużej w niepewności. Oprócz stylistycznego zróżnicowania utrudniającego jednoznaczną ocenę muzyki i kategorii wagowej, w której walczy zespół Sawblade, brakuje mi tutaj jakiegoś jednego, chociaż jednego riffu, który WALNĄŁBY PO MORDZIE. Brakuje pierdolnięcia. Uwolnienia energii, którego wyczekiwałem przez te szesnaście minut z sekundami. Bo jest rockowo, trochę nowocześnie i naprawdę nie wymagam, żeby przerabiać to na metal, to byłoby niedorzeczne. Ale jednocześnie czuję, że ktoś tam cały czas trzymał rękę na gałce mocy, długo się wahając i ostatecznie niestety nie decydując na jej odkręcenie i wypuszczenie diabła. Trochę szkoda, może następnym razem.

Makijaż – Demo 2012

I o to ponownie przychodzi mi* zrecenzować materiał grupy kilku zdolnych mężczyzn, nad których twórczością unosi się głos niemniej zdolnej wokalistki, która to wokalistka w tym przypadku gra także na gitarze. I tak jak zawsze podchodzę do takiego zestawienia z pewnym dystansem, tak ponownie jestem miło zaskoczony efektem finalnym.

Makijaż powstał w roku 2010, a opisywane tutaj demo jest ich debiutanckim materiałem. Ukazało się ono (to demo) w marcu b.r., czyli stosunkowo niedawno (choć i tak coś ociągałem się z napisaniem tekstu), przy czym ostatni utwór, Pożar, nagrany został kilka miesięcy wcześniej i zrealizowany przez inne osoby, dlatego też brzmi nieco inaczej.

Płytka zaczyna się od dość mocnego, ciężkawego i nieco transowego motywu, mogącego przypominać twórczość choćby Rammstein (ale też trochę ostatnie Alice In Chains). Utwór Dekadencja jest niezłym reprezentantem stylu prezentowanego przez Makijaż. Bas i perkusja trzymają numer w ryzach, podczas gdy gitary w wielu miejscach grają dodatkowe smaczki urozmaicające aranż. O brzmieniowym obliczu grupy decyduje jednak przede wszystkim charakterystyczny wokal Marysi Żak. Głos frontmanki wyjątkowo przypadł mi do gustu. Co wyróżnia go spośród wielu innych, to bijące z niego ciepło i jakaś swoista niewinność. Z taką barwą spokojnie można by śpiewać słodziutki pop i bynajmniej nie jest to minus zespołu Makijaż, wręcz przeciwnie. Wokalistka nie boi się również urozmaicania swoich partii, co owocuje fragmentami w typie wysokich wokaliz czy nawet skandowania.

Z pięciu numerów trzy posiadają ostrzejsze partie, a dwa pozostałe (Zapach oraz Prywatne oko) określić można jako piosenki w całości delikatne i subtelne. Przynajmniej muzycznie, jako że druga z nich to tekstowo właściwie protest song, kierowany wobec osób oceniających i próbujących wywierać nieporządany wpływ – pytanie tylko o kogo konkretnie chodzi? Rodziców, polityków? A może – oby nie – mniej lub bardziej profesjonalnych krytyków muzycznych? ; ) Generalnie teksty są po polsku i można doszukać się wersów niejasnych czy niezbyt fajnie brzmiących, acz wstydu nie ma, a parę strof wyszło nawet bardzo zgrabnie, jak choćby we wspomnianym Prywatnym oku czy dość mocno chyba kobiecym Zapachu, gdzie o ile „zdania w sprayu” mnie nie przekonują, o tyle podoba mi się rozwiązanie zastosowane w refrenie, coś w rodzaju aliteracji: „elegancki i szarmancki ideał”, brzmi to bardzo zgrabnie. Dodać mogę, że utwór ten wyróżnia się bardzo fajną gitarą, grającą przyjemne, alternatywno-rockowe akordy.

Zaletą materiału jest spójność stylistyczna. Właściwie we wszystkich numerach zastosowano rozwiązanie, w którym zwrotki śpiewane są na tle wyłącznie sekcji rytmicznej z niewielkimi dodatkami smaczków gitarowych. I być może w przypadku pełnego albumu byłoby to nużące, tutaj jednak sprawdza się fajnie i dodatkowo cementuje poszczególne piosenki w jedną całość.

Makijaż 2012 rok rozpoczął od mocnej ofensywy koncertowej (choćby w bieżącym tygodniu grają w Warszawie aż 3 koncerty dzień po dniu), dobrze radzą sobie w różnego rodzaju konkursach-festiwalach (awans na Emergenzaie, zakwalifikowanie się do występu na Rock May Festival) i bardzo fajnie, że towarzyszy temu jak najbardziej udana i dobrze przygotowana debiutancka demówka, będąca jedną z ciekawszych warszawskich rzeczy, jakie dane mi było usłyszeć w ostatnich miesiącach.

Makijaż – Demo / marzec 2012 / 1. Dekadencja 2. Zapach 3. Instytut 4. Prywatne oko 5. Pożar / http://www.myspace.com/makijaz

* moja dziewczyna utrzymuje, że sam jej wystarczam, toteż decyduje się przestać udawać, że jest mnie więcej jeden.

Otagowane , ,

Sun Control Device – Sun Control Device (EP)

Sun Control Device to wciąż młody stażem zespół, który pomimo iż zaczął funkcjonować całkiem niedawno, bo w roku 2010, zdążył zagrać już całkiem sporo udanych koncertów (byliśmy dwa razy – naprawdę spoko), oraz wydać w 2011 debiutancką EPkę „…ab ovo”. Tymczasem wraz z początkiem cudownego roku bieżącego (roku końca świata – przyp. kalendarz Majów i Proroctwo Oriona) grupa ukończyła pracę nad swoim drugim wydawnictwem, którego Wy jeszcze nie możecie posłuchać w całości, a my już tak – i chętnie podzielimy się wrażeniami.

Pierwsze co zauważy obserwator bardziej lub nawet mniej uważny, to że na Sun Control Device EP składają się trzy numery o łącznej długości siedemnastu minut z małym hakiem. Słuchacz z kolei szybko dojdzie do wniosku, że wydawnictwo brzmi naprawdę niezgorzej. Na plus brzmienie wioseł w cięższych, riffowych fragmentach, a także sekcja rytmiczna, gdzie wyróżnia się zwłaszcza gitara basowa, bardzo przyjemnie dźwięczący w momentach spokojniejszych, jak choćby zwrotka w pierwszym z kolei utworze Makijaż. Utwór ten dość nieźle oddaje to co zespół uskuteczniał również przy okazji tworzenia materiału debiutanckiego, a więc próby połączenia motywów rockowo-metalowych z rockowo-alternatywnymi i progresywno-klimatycznymi, gdzie na te pierwsze pracuje przede wszystkim gitarowy duet oferujący solidne riffy (w omawianym utworze ciężkawy motyw kojarzyć się może z twórczością grupy Rammstein), na te drugie sekcja z wysuniętym basem i melancholijne partie wokalne. Odnośnie tych ostatnich, zdarzyło już się nam trafić na porównania wokalistki SCD Joanny do Agnieszki Chylińskiej. Jest to jednak zdecydowane pójście na łatwiznę. No bo pewnie, dziewczyna śpiewa kobiece teksty, do tego po polsku i w ciężkawej oprawie muzycznej. Gdzieś tam nawet prezentuje podobny styl frazowania – niemniej głos ma delikatniejszy i wykorzystuje go w sposób mniej siłowy, nie wspominając o braku denerwującej maniery, charakterystycznej dla jurorki Mam Talent.

Wróćmy jednak do EP-ki, gdzie jako drugi następuje najkrótszy w zestawie i opublikowany już w Internecie utwór Karaluchy, oparty na prostym i efektownym riffie, który spokojnie mógłby odnaleźć się w repertuarze Luxtorpedy (z którą to Sun Control Device miało już okazję koncertować). Dynamiczne granie ponownie przeplatane jest motywami spokojniejszymi, na szczęście jednak w tym numerze usłyszeć możemy Asię śpiewającą również nieco ostrzej, co przynosi przyjemne urozmaicenie.

Zdecydowanie największe pretensje do progresywności zdaje się mieć Niewiele słów. Trwa osiem minut dwadzieścia sekund i może nie porywa w całości, zawiera jednak parę konkretnych fragmentów, z naciskiem na świetny finał. Ogólne wrażenie jest jednak nieco osłabione przez pewne niuanse brzmieniowe, które zdają się być problemem dotyczącym wyłącznie tego numeru – o ile choćby poprzedzające go Karaluchy działają silnie i klarownie, tak tutaj momentami robi się mało przejrzyście i chaotycznie, drobne uwagi można mieć do miksu (gdzieś tam gitara na czystym kanale podejrzanie głośno, a może tak miało być). Kompozycja wydaje się być punktem kulminacyjnym EP-ki, stanowiąc niemal połowę jej długości, i jako taka odrobinę zawodzi – z drugiej jednak strony bardzo dobrze daje radę jako „zamykacz”. Starając się ocenić całość dochodzimy do wniosku, że brakuje jeszcze jakiegoś dodatkowego utworu między Karaluchami a Niewiele słów – takiego, który zdjąłby odrobinę odpowiedzialności z tego ostatniego. 

Druga wydawnictwo w dorobku kwintetu Sun Control Device przynosi nową jakość brzmienia jak i bardziej zdecydowane, lepiej dopracowane utwory. Postępu gratulujemy i właściwie to chętnie posłuchalibyśmy więcej, bo jest lekki niedosyt po tych trzech numerach. Nawet jeżeli jednak odrobinę one O.N.A.

***

Sun Control Device – Sun Control Device / EP, 2012 / 1. Makijaż 2. Karaluchy 3. Niewiele słów 

Otagowane

The Freuders – Hikikomori EP

Wydane własnym sumptem Hikikomori EP to debiutancki materiał The Freuders, którzy postawili na wymieszanie bardzo różnych od siebie inspiracji i zamknięcie ich w nieco ponad dwudziestominutowej całości.

Całość ta zaczyna się psychodelicznie i dynamicznie. Never Talk To Strangers  oparty został na jednostajnym, dźwięcznym riffie basu, któremu towarzyszą mocno sfuzzowane, hałaśliwe gitary. Surowe brzmienie i oszczędny wokal kojarzą się choćby z dokonaniami zespołów Johna Garcii, takich jak Unida czy Slo Burn, choć oczywiście przylepienie wyświechtanej łatki „stoner” byłoby tutaj zbyt dużym naciągnięciem. A także uproszczeniem, ponieważ jak już zostało wspomniane, Hikikomori EP to pomieszanie klimatów różnych.

Drugi na płytce Angel-O-Spinner to jeszcze kontynuacja grania bardzo rockowego, choć już bardziej indie, bez tego bujania i psychodelii, które charakteryzowały otwieracz. Właściwie jest to najsłabszy numer na płycie, z wielokrotnie powtórzonym, dość nijakim riffem i niepewnym, zduszonym wokalem. Z następnym numerem następuje jednak obiecana już zmiana klimatu. Morse Affair zaczyna się bardzo subtelnie – to nadal granie dosyć proste, jednak kompozycja narasta i rozwija się w ciekawy sposób. Z z czasem dochodzi przesterowana gitara, a umieszczony w końcówce motyw z wysoko grającym basem kojarzy się z Delikatnieniem Świetlików – to tak odnośnie dużej rozpiętości stylistycznej.

Rosemary’s Baby spełnia zawartą w tytule obietnice, tzn. okazuje się numerem bardzo nastrojowym i nieco mrocznym, nawet jeżeli za rogiem nie czają się Polański z Komedą. Zespół wreszcie powraca do tego, z czym do czynienia mieliśmy w Never Talk To Strangers – ponownie pojawia się budowanie przestrzeni i muzycznego tła, numer nie jest płaski, wypada również o wiele lepiej pod względem wokalnym, zwłaszcza zwrotka brzmi bardzo dobrze. Ciekawie dzieje się także w drugiej części piosenki, między innymi w warstwie gitarowej, gdzie przyjemne, funkowe akordy przeplatają się z rockową, przesterowaną solówką.

Ostatni utwór na płytce to najdłuższa (7:33 min.) i najbardziej rozbudowana kompozycja na EPce. Instrumental bardzo udany – kolejne wątki nie leżą zbyt daleko od siebie, zabawy z dynamiką są oszczędne, nie ma też zbędnego brandzlowania się popisami solowymi. Numer płynie przyjemnie i nie nudzi nawet słuchany kilka razy pod rząd.

Czwórka, jednak z dwoma minusami. Kolejno: za niezdecydowanie stylistyczne, które nie zawsze wychodzi na dobre, oraz za momentami zbyt cichy, nieśmiały (?) wokal (np. w Morse Affair).

Hikikomori EP do ściągnięcia pod tym linkiem.

Otagowane

Rusted Brain – Juggler

Jak to powiedział kiedyś Marszałek Polski Józef Piłsudski, „kto nie był thrasherem za młodu, ten na starość będzie sk***ysynem”. Rusted Brain to młody zarówno wiekiem jak i stażem, ale bardzo sprawny thrashowy band z Warszawy o popularności zdecydowanie rosnącej. Bywalcy stołecznych klubów nieraz mogli się przekonać, że Rumcayz i spółka wiedzą o co chodzi w dawaniu do pieca – a w bieżącym roku zespołowi udało się zagrać udane koncerty również w innych miastach Polski. Ostatnio mieli nawet okazję supportować na 3 koncertach klasyczne grupy z USA oraz Niemiec, Hirax i Assassin. Zachęceni tą ofensywą, postanowiliśmy odświeżyć sobie jedyne jak dotąd nagranie Rusted Brain, Juggler.

Jak utrzymuje sam zespół, Juggler to EP. Na krążku znalazło się jednak ponad 40 minut muzyki, a więc materiału jest więcej niż na niejednym thrashmetalowym albumie (że podamy Reign in Blood jako najbardziej oczywisty przykład). I to wszystko, w przypadku Rusted Brain, za jedyne 5 pln (lub za darmo do odsłuchy na stronie grupy).

Chłopaki zadbali o stronę graficzną – jest nadruk na płytce, napisy, tytuły, podziękowania. Wszystko w klimacie. Komiksowa okładka w połączeniu ze znajdującym się na odwrocie dopiskiem „Powered by Perła Beer” budzi jak najbardziej niesmaczne skojarzenia z obrazami zdobiącymi wydawnictwa kuflowej niemieckiej grupy Tankard – i o to chodzi! A do tego dochodzi oldschoolowa stylówa – długie włosy, wąskie spodnie, białe adidasy i wielkie, kanciaste gitary.

Nowatorskich rozwiązań nie należy doszukiwać się także w warstwie najważniejszej, dźwiękowej. Jest klasycznie i bardzo po środku. Trochę szkoły amerykańskiej, trochę niemieckiej. Gitary siekają z agresją, perkusja działa jak należy, a do tego dochodzi bardzo fajne brzmienie basu, który w wielu momentach wybija się z miksu dźwięcząc przyjemnie. Numery raczej nie są specjalnie długie, przeważnie trwając około 4 minut – bez zbędnych zwolnień i balladowych wstawek. Mimo to materiał nie jest monotonny, aczkolwiek nie mielibyśmy nic przeciwko większej ilości elementów urozmaicających, takich jak melodyjny motyw nadchodzący po solówce w kawałku Anxiety. 

Będąc uczciwymi nie możemy pominąć pewnych minusów. Przede wszystkim nie bardzo pasują nam tutaj solówki. Nie przeszkadza nam fakt, iż są one dość proste i mało oryginalne (Sons of Darkness) – jednocześnie są jednak bardzo lekkie, zwiewne i heavy metalowe, przez co zdają się nie nadążać za agresywnymi riffami i sekcją. Trochę mniej Hammetta, więcej Slayera i brzmiałoby to prawdopodobnie o wiele lepiej. Drugą wadą jest momentami wokal – Rumcayz ma bardzo fajny, pasujący do muzyki głos, jednak momentami jakby „za bardzo chciał”. Przegina w paru miejscach z manierą i brzmi to nieco karykaturalnie. Niemniej to przecież dopiero studyjne początki, niejeden wokalista z metalowej czołówki wypadał gorzej na pierwszych nagraniach (mówi wam coś nazwa No Life ’til Leather?).

EPka (?) Juggler to 40 minut bezkompromisowego, oldschoolowego podejścia do tematu. Fani gatunku powinni łyknąć bez popity, a my gorąco zapraszamy na koncerty Rusted Brain, czekając jednocześnie na kolejne nagrania.

Otagowane , , ,

Funktor – Megablaster

Funktor – Megablaster
EP, 2010
1. Dr Filtz Intro 2. Megablaster 3. Little Red Helenka 4. Dr Filtz
Nasza ocena: 5-

Nie ukrywamy, że mocno kibicujemy Funktorowi. Kolejne nagrania oraz koncerty utwierdzają nas w przekonaniu, iż mamy do czynienia z kapelą wyjątkową pod różnymi względami.

Funk zrobił się modny. To zupełnie tak jak ze stoner rockiem – pewnego dnia wiele kapel uznało, że będą uprawiać właśnie ten rodzaj muzyki. Zaowocowało to popularyzacją gatunku i dużą ilością fajnych imprez, jak również siłą rzeczy pojawieniem się sporej ilości kiepskich bandów, nieudolnie naśladujących zagraniczne wzorce (którymi niestety w przypadku funku często są Bogu ducha winni Chili Peppers). Funktor jest jednak sprytny i utalentowany. Produkują tony groove’u, jednak z kolejnymi nagraniami coraz trudniej zakwalifikować ich jako zespół jednoznacznie funkowy.

EPka Megablaster była dla nas sporym zaskoczeniem. Pierwsza myśl po przesłuchaniu instrumentalnego intro – Pink Floyd! Znakomity, niepokojący, powtarzany niczym mantra  gitarowy motyw, który w towarzystwie głębokiego basu, stonowanej perkusji i przestrzennych syntezatorów robi naprawdę wielkie wrażenie. Drugi numer zaczyna się szesnastkową, funkową gitarą, jednak Megablaster idzie raczej w kierunku muzyki… klubowej. Ponownie świetną robotę robią syntezatory, klimatu nadają również senne wokale męsko-damskie. I w momencie, w którym słuchacz już dawno odpłynął, muzyka zaczyna się zmieniać. Kolejne partie budowane są na charakterystycznym motywie basowym, by przejść do gitarowej solówki. I do refrenu, ze śmiałym występem wokalistki. Pod koniec numer wraca do początkowego motywu ze świetnym, klubowym drive’m, dodatkowo wzbogaconym wysmakowanymi partiami saksofonu. A jeszcze gdzieś w międzyczasie przewija się motyw z intra. Tu dzieje się naprawdę dużo, a jednocześnie wszystko jest przemyślane, nie brzmi to jak przypadkowy zbiór wielu dźwięków.

Little Red Helenka to utwór najbardziej konwencjonalny pod względem budowy – solidne funkowe granie z fajnym tekstem (po polsku!), chociaż i tu momentami robi się „kosmicznie” za sprawą syntezatorów (solówka!) i klimatycznej partii mówionej. Wieńczący EPkę Dr Filtz stanowi powrót do grania bardziej progresywnego. Niemal 6 minut zmian rytmów i nastrojów, tego po prostu trzeba posłuchać!

Biorąc funk za fundament, Funktorowi już teraz udało się zbudować nową, nieszablonową, oryginalną muzyczną jakość. EPka Megablaster wyszła jeszcze w 2010 roku, czyli sporo czasu temu – jednak po prostu nie mogliśmy się powstrzymać przed napisaniem o niej na naszej stronie, bo jeżeli chcemy pisać o warszawskiej scenie niezależnej, to po prostu nie możemy nie wspomnieć o Funktorze. Byłoby to absolutnym barbarzyństwem. Dlaczego minus przy ocenie? Musimy zarezerwować sobie wyższe oceny na długogrającą płytę grupy – chodzą na mieście słuchy, że ta coraz bliżej.

Komety – Luminal

Luminal to pierwsza od czterech lat studyjna płyta zespołu Komety. W międzyczasie głównodowodzący zespołem Lesław wymienił skład, który stał się iście partyjny – za bębnami ponownie zasiadł Arkus, a za bas chwycił W. Szewko znany ze schyłkowego wcielenia legendarnej Partii i określany przez lidera zespołu „żywą legendą Żoliborza i Bielan”. I choć w rzeczywistości piosenki na nowy album nagrywane były jeszcze z poprzednią sekcją rytmiczną (Santiago i Miko), muzyka zawarta na krążku zdecydowanie odświeża dźwiękowy wizerunek Komet, przy jednoczesnym zachowaniu tego, co w ich niepowtarzalnym stylu najważniejsze i najbardziej charakterystyczne.

Zmienił się nieco środek ciężkości jeżeli chodzi o dekady muzyczne, z których Lesław czerpie inspiracje. Do tej pory Komety kojarzyły się głównie z rockabilly czy późnym The Clash (pamiętne Bezsenne Noce), na Luminalu tymczasem mocniejsze riffy (Zazdrość, Niebezpieczny Mózg) przeciwstawione zostały wciągającemu swingowi (Karolina) czy garażowemu rock’n’rollowi w stylu The Monks (Taniec, Jutro). Najlepszymi momentami są bardzo klimatyczne, singlowe Mogłem Być Tobą z fantastycznym wibrafonem, oraz Inaczej, które już w tytule sugeruje, że tak Komety jeszcze nie grały – funkowa gitara, porywające partie dęciaków i ciepłe brzmienie Motown. I to chyba właśnie Lesławowi pozostało z inspiracji The Clash – niczym Joe Strummer potrafi korzystać z gitary na wiele sposobów i łączyć w swojej twórczości motywy z różnych gatunków muzycznych w jedną, zgrabną całość.

To co pozostaje niezmienne to obrazy malowane przez Lesława słowami utworów. Wielkomiejska samotność, tęsknota, niespełniona miłość, problemy młodych ludzi i życia codziennego to tematy, których lider zespołu nigdy nie unikał. A do tego jako jeden z nielicznych potrafi napisać tekst o rzeczonej tematyce w sposób zgrabny i daleki od radiowej tandety. „Pierwszy wieczór wieczór w dorosłości / która będzie z tobą aż do samej śmierci” śpiewa, prowadząc rozważania dotyczące beztroskiego w teorii dnia osiemnastych urodzin. Wczuwa się też nie pierwszy raz w kobiece uczucia (” Samotna w domu / samotna w swoim związku z kimś / kto szuka pretekstów / żeby z tobą nie rozmawiać”), a słowa utworu Powiedz to teraz odebrać można jako kolejną próbę zmierzenia się z tematem nieśmiałości. Płytę kończy depresyjne Poddaje Się, które zarówno muzycznie jak i tekstowo przypomina Wieczorem – utwór zamykający drugi longplay Partii.

Nie poddają się jednak Komety, a nowy kierunek obrany przez Lesława przy pisaniu materiału na album zapewnił potrzebne już chyba odświeżenie, o którym lider zespołu sam wspominał zresztą w wywiadach. Luminal to udana, ciekawa płyta- eklektyczna i jednocześnie spójna, broniąca się nawet bardziej jako całość, niż za sprawą pojedynczych utworów.

Otagowane , , ,