Monthly Archives: Lipiec 2012

Polecane: MusicRage.org

O platformie Music Rage wspominałem już kilka tygodni temu na facebooku. Dlaczego o tym piszę? Bo a) to innowacja rodem z naszego syreniego grodu b) interesuję się nowymi możliwościami rozwoju rynku fonograficznego w erze Internetu, zwłaszcza w kontekście mniej znanych artystów c) Music Rage już zdążył zaoferować kilka warszawskich pozycji i kto wie, może to Twoja płyta będzie do kupienia następnym razem.

Dociekliwym polecam wywiad z twórcami, a sam tylko w skrócie przypomnę o czym mowa. Music Rage to innowacyjna (pierwsza taka w Europie) forma dystrybucji niezależnej muzyki online. Sprzedaż opiera się na pogrupowanych gatunkowo (np. metal, rock, indie) „paczkach” (bundle). W każdej takiej paczce znajdują się zazwyczaj cztery albumy podstawowe do kupienia w cenie ustalanej przez kupującego (z przyczyn technicznych minimum 1$), a także jeden lub dwa bonusy (zwykle EPki lub demówki), które użytkownik zdobyć może w przypadku, gdy zdecyduje się zapłacić więcej niż wynosi dotychczasowo średnia zapłata za daną paczkę. Uf. A teraz największe zalety Music Rage:

1. Płacisz ile chcesz, to raz. Ale oprócz tego sam wybierasz, ile z Twoich pieniędzy trafić ma na konto artystów, a ile chcesz zapłacić pośrednikowi, czyli Music Rage (żadnych wytwórni, dostawców, marży).

2. Prosty system płatności. Początkowo w serwisie można było płacić przy pomocy PayPal lub karty kredytowej, obecnie dostępna jest już również płatność DotPay, co oznacza możliwość przeprowadzenia błyskawicznej transakcji bez jakiś dodatkowych wysiłków. Wystarczy mieć choćby konto bankowe online i cały proces zakupu paczki przebiega w maksymalnie kilka minut.

3. Prosta, przejrzysta strona. Interfejs Music Rage jest taki jak lubię. Żadnych zbędnych głupot, reklam, migotania i innego rodzaju przeszkadajek. Kilka słów o platformie, FAQ, dane kontaktowe, formularz zapisu na newsletter, a poza tym tylko i wyłącznie muzyka. Da się? Da się.

4. Jakość. Każdy album dostajemy w bezstratnym formacie FLAC, co znacznie podwyższa wartość nagrań, zwłaszcza jeżeli ktoś nie ma od urodzenia waty w uszach. Oprócz tego pobrać możemy również wersję mp3, co też jest miłym gestem, jeżeli np. nasz przenośny odtwarzacz nie obsługuje plików FLAC.

Obiecałem na facebooku, że po dokonaniu pierwszego zakupu skrobnę kilka słów o obecnych paczkach. Niestety zarobiony jestem ostatnio, więc póki co ograniczę się do paczki METAL, w której znajdziemy dwa zespoły miejscowe (których nazwy nie są chyba nikomu obce), oraz dwa zespoły zagraniczne.

Chain Reaction – Cutthroat Melodies | Nie będę ukrywał, że moim zdaniem to jedna z najfajniejszych polskich płyt metalowych, z jakimi zdarzyło mi się obcować. Nosiłem się nawet z zamiarem napisania dłuższego tekstu na ten temat, no ale album ma już dwa lata, więc trochę na to późno. Korzystając z okazji napiszę więc, że płyta po prostu wymiata. Takie granie lubię. Warszawiacy jadą ostro, dynamicznie, z wykopem, z groovem, z dużą ilością niskich tonów i męskimi wokalami. Nie jest to żadne odkrycie, ale całość jest niewiarygodnie świeża. Metalowe riffy, dużo motoryki a la Anthrax, duch imprezowego rock ‚n’ rolla, przebojowe refreny (łączone wokale!). Dla przykładu wrzucam numer, który chyba najbardziej przypadł mi do gustu i dobrze oddaje ogólny zamysł Cutthroat Melodies (refren!).

Dirge Eternal – Under The Spell / Lucifers Lullabye (Split) | Fiński Dirge Eternal prezentuje bardzo skandynawskie podejście do heavy metalu, ubarwiając riffowanie melodyjnymi wokalami, chórami i dodatkami aranżacyjnymi w orkiestrowym stylu. Kojarzyć się to może (również ze względu na horrorową tematykę) z klasykami gatunku, Mercyful Fate, czy wciąż dość świeżym odkryciem, szwedzką grupą Ghost. Nie jest to może aż tak wysoki poziom, ale posłuchać na pewno warto.

Lostbone – Ominous | Kolejna grupa ze stolicy, kolejna, w której z mikrofonem w łapie ciśnie Bartek „Barton” Szarek. Uwielbiam historię Lostbone, zawsze podobała mi się determinacja Przemasa i to, jak pomimo wielu zmian personalnych nie zatrzymywał się ani na chwilę i doprowadził swój band do wydania trzech albumów i dwóch EP, oraz zagrania niezliczonej ilości udanych koncertów w przeciągu zaledwie 5 lat. Wydany w bieżącym roku Ominous to świetna pozycja, nawet dla osób nie siedzących na co dzień w cięższych brzmieniach. W muzie tej zawsze była spora dawka chwytliwości, w riffach, wokalach, w rytmie. Oprócz tego zespół nieco zwalnia, pokazując w wielu numerach szersze spektrum swoich talentów – choć oczywiście nie brakuje szybkich, błyskawicznych ciosów, będących ich znakiem rozpoznawczym od zarania działalności.

Tuzmadar – Fenyek | Ostatnia opisywana pozycja jest jednocześnie najbardziej intrygującą. Węgierski power metal. Śpiewany po węgiersku. Jak „Dziewczyna o perłowych włosach”. Nie ukrywam, że jeżeli chodzi o tę odmianę metalu (w sensie, że power, nie że Węgry), to raczej zacząłem i skończyłem na Helloween, ewentualnie – siłą rzeczy – Gamma Ray, ale generalnie niezbyt lubię, niezbyt poważam. Tymczasem Tuzmadara da się słuchać. Może nie w każdym momencie, ale jest trochę numerów z dobrymi riffami i wokalami. Np. Hazataras, trochę jak Helloween, tylko jeszcze bardziej szalony, bo po węgiersku. Co jednak absolutnie nie przeszkadza, naprawdę fajny język, również do metalu.

Poza opisaną czwórką mamy jeszcze dwa bonusy spod bander Emerald oraz Burn The Witch. Ich odkrycie pozostawiam już Wam, bo mnie nie było stać. Możecie podzielić się wrażeniami, tylko spieszcie się, bo paczka niedługo znika ze strony.

Otagowane , , , , ,

Pogromcy mitów, czyli recenzja Mama Selita – 3, 2, 1…!

Nie można czuć się zupełnie bezpiecznie recenzując, oceniając, opisując czy szufladkując muzykę Mama Selity. Albowiem jak sami utrzymują, maminsyny są z nich krnąbrne, a o wszelkiej maści paskudnych krytykach wypowiadali się już nie raz w bardziej lub mniej dowcipny sposób.

No bo nie dziwię się, że porównania wymieniane przez Igora w Rockym mogą drażnić, ale z drugiej strony, do tej pory większość z nich wydawała się jak najbardziej niebezpodstawna. Byłem ciekaw reakcji chłopaków na ocenę jury w Must Be The Music, kiedy po raz kolejny padło porównanie do Rage Against The Machine, tym razem ze strony faceta z Afromental. A parę miesięcy wcześniej zastanawiałem się w klubie Chwila skąd pomysł na granie utworów RATM-u i RHCP w czasie koncertu. Chęć pójścia na przekór czy brak konsekwencji?

Niemniej wreszcie nadszedł czas, by zmierzyć się z tak długo wyczekiwanym (serio chłopaki, wybaczcie, że tyle razy pytaliśmy was „kiedy płyta” – to miał być komplement), debiutanckim krążkiem 3, 2, 1…! Także zabawmy się w pogromców mitów.

Rage Against The Machine

Przeglądając na szybko Internet łatwo dojść do wniosku, że jest to porównanie najczęstsze. I gdy posłuchać utworu Brudne Bomby wszystko wydaje się absolutnie oczywiste – od bujającej sekcji, przez funkujący i agresywny riff gitarowy, po wokale. Nawet tekstowo, choć nie ma politykowania, można poczuć buntownicze nastawianie, ze zrzucaniem bomb i jednoczeniem się w większą ekipę („każdy mój człowiek to jeden ładunek”). Podobne skojarzenia budzić mogą, choć w mniejszym stopniu, otwierający płytę Napad, a także przewijający się po tym tekście niczym Tom Morello w rankingach najbardziej oryginalnych gitarzystów w historii muzyki rockowej Rocky, oraz Moment, nagrany z gościnnym udziałem Hadesa z HiFI Banda. Zauważmy jednak, że nie jest to nawet połowa albumu. I tu Mama Selita zaskoczyła mnie naprawdę pozytywnie. Na albumie postanowili naprawdę pokombinować i pokazać różne odcienie swojej twórczości, w dużej mierze stawiając na klimat. Oprócz tych kilku cięższych petard podają rockowo-alternatywne granie w postaci Mistrzyni kamuflażuZłego chłopaka czy klimatyczne, spokojne kompozycje: znany od wielu lat z koncertów lecz ciekawie odświeżony DymDobranoc, czy chyba najbardziej udany, znakomity na zamknięcie albumu Czas przeszły.

Red Hot Chili Peppers

To porównanie chyba od zawsze wynikało przede wszystkim z efektu pierwszego skojarzenia, powiązanego z niską świadomością muzyczną dotyczącą bardziej funkowych brzmień. No bo basista coś tam zawija, gitara funkuje, wokalista buja się przy statywie – no Flea i spółka, jak nic. I porównanie nie było takie fatalne, ale więcej sensu miało jednak dobre parę lat temu. Nie mówię już nawet o czasach najbardziej zamierzchłych, kiedy Mama Selita miała jeszcze długowłosego śpiewaka na stanowisku frontmana, ale choćby brzmieniu sprzed zmiany basisty. Obecny człowiek odpowiedzialny za niskie tony, Herbert, odchodzi od grania zwariowanych i wyrazistych groove’ów w kierunku tworzenia spójnej sekcji z perkusistą. Zostawia tym samym więcej miejsca na wokal, który czasem może coś tam śpiewnie zarapuje, ale jednak jest to rap (no dobra, Kiedis też na początku rapował, ale różnica jest chyba wyraźna), a także na gitarę. Grzesiek gra w bardzo zróżnicowany sposób, często piosenkowo-akordowy we wspomnianych bardziej rockowych-mniej rage’owych numerach, czasem robi tło – parę odniesień można by zaznaczyć, jak np. świetna, ciągnąca się i przechodząca w solo partia w utworze Dym, która spokojnie mogłaby znaleźć się na albumie Californication (ten sposób płynięcia riffu, coś jak w Parallel Universe chociażby). Ale to już takie szukanie podobieństw na siłę.

Fisz

To kolejne auto-porównanie zaczerpnięte z Rocky’ego i zawsze gdy je słyszę zastanawiam się, czy to czasem trochę nie taki auto-komplement. Nie ujmując nic Igorowi, ale – jak wiadomo – Fisz Wielkim Artystą Jest. Może i jest trochę Waglewskiego w sposobie wydobywania fraz, ale generalnie Pan Seider (pan nie zejdzie, był taki numer Duży Luz, nie? do dziś go słucham, nie wiem czy powinienem o tym pisać, ale mam na dysku koncert live z Progresji, rok chyba 2006) tworzy własną jakość wokalno-liryczną i jest prawdopodobnie najbardziej oryginalnym elementem tej układanki (choć tu należy wziąć poprawkę na fakt, iż nie jestem aż tak za pan brat z rapem, żeby moja opinia była faktycznie mega wartościowa). Nie wiem jak tam jest w zespole z tekstami, czy powstają solo czy kolektywnie (trzeba będzie kiedyś zapytać), ale są naprawdę dobre i to jest z kolei opinia, z którą nikt nie ma prawa się nie zgodzić, bo się znam. Jest fantastyczne malowanie widokówek, które podoba mi się zwłaszcza w strofach dotyczących Warszawy („Chmielna, modne gangi na Vespach, stare Smieny, styl warszawskiej bohemy / wszystkie noce, które chcesz odespać i ta jedna z nim na Cytadeli” – Zły chłopak), nastrojowy storytelling (Dym), trochę rockowej autotematyki (Napad) czy kawałki bardziej zaangażowane – nazwijmy to – społecznie, dające do myślenia, a jednocześnie zabawne i inteligentne (Moment czy nastroszony świetnymi wersami Nie wolno się śmiać, gdzie Igor jest „serio, jak znicz na lastryko”).

Podsumowanie

Nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało w telewizji, ale chyba mogę napisać, że mity udało się w dużej mierze obalić, a Mama Selita swoim gorącym debiutem mocno narusza klej, na który przyczepiono doń te wszystkie dziennikarskie łatki. Może nie do końca, nie wszystkich porównań uda się uniknąć, ale dajcie spokój, nie dajmy się zabić za oryginalność. Niech się zabijają owinięci rozgałęziaczami hipsterzy na Powiślu.

O ile zespół zawiódł mnie na ostatnim koncercie, dobierając oczywiste covery itd., o tyle płyta naprawdę niemalże zachwyca. Zróżnicowana, klimatyczna, świetna zarówno na gorący warszawski dzień, jak i na wieczór spędzany gdzieś na balkonie na dwunastym piętrze, gdzie oddajesz się melancholii będąc dla postronnych jedynie niewidocznym, delikatnie rozżarzonym punkcikiem na końcu swojego ostatniego papierosa przed snem.

Jak ktoś jeszcze nie ma, to biegiem do sklepu albo przez Internet. I pytamy ich na złość, acz zupełnie serio: „hej panowie, kiedy nowa płyta?”

Otagowane , , , , , ,