Tag Archives: Hard Rock Cafe

LIVE! RELACJA: VAGITARIANS, ASHTRAY

01.11.2011, Hard Rock Cafe Warsaw

Dnia Zadusznego wigilijny wieczór przyszło nam spędzić w zadumie w warszawskim Hard Rock Cafe, na kolejnym koncercie drugiej edycji konkursu Pepsi Rock Battlefield. Była to runda półfinałowa, w której (dzięki SMS-om wysyłanym przez wiernych fanów) udział wzięły stołeczne grupy Vagitarians oraz Ashtray, a także licznie zgromadzona publiczność. Co więcej, etap był to wyjątkowy, bo muzykom kazano zostawić wzmacniacze w domu i przyjechać z gitarami akustycznymi.

Byliśmy zaskoczeni dużą ilością ludzi przybyłych do klubu. Właściwie mamy to w każde święto narodowo-religijno-urlopowe – idziemy wieczorkiem na miasto z wątłą nadzieją, że cokolwiek będzie otwarte, a kończy się sporą bibką z zakręconymi ludźmi i finałem w śnieżnej zaspie. Jak widać, skoro karp i pierogi nie są w stanie powstrzymać warszawskiej młodzieży przed imprezowaniem, nie są też w stanie zrobić tego wszyscy święci.

Jako pierwsi na scenie zainstalowali się Vagitarians. Z dwóch zespołów to właśnie ci junacy stanowili dla nas większą zagadkę. Na co dzień poruszają się w klimatach stoner/sludge/doom, a plotki głoszą, że ich gitarzyści depczą fuzza nawet pod stołem w kuchni – jak więc niby miałoby to zagrać bez porządnego przesterowania? Już pierwszym numerem udowodnili, że nie zamierzają iść na łatwiznę, nawet jeżeli przygotowanie nowych aranży poszło im łatwo, a przynajmniej szybko (tudzież tak tylko się krygowali w rozmowach). Długie, instrumentalne partie nabrały plemiennego, transowego klimatu, z instrumentarium uzupełnionym o afrykańskie bębny. Niektóre zagrywki spokojnie mogłyby wylądować na którymś krążku Queens of the Stone Age czy Desert Sessions. Nawiasem mówiąc, skojarzenia z QotSA budził też gitarzysta rytmiczny grupy, ubrany niczym Troy van Leeuwen.

Pustynne klimaty Vagitarians przełamywali bardziej konwencjonalnymi numerami, takimi jak Flesh and Blood. Pozytywnie zaskoczył wokalista, który świetnie poradził sobie prezentując delikatniejszy niż zwykle styl śpiewania, dodatkowo harmonizujący fajnie ze wspomagającym go głosem gitarzysty Piotra, „Solóweczki”. Konkretnie zabrzmiało również Stoner Ceremony, okraszone barowo-bluesowym wstęp. Gdzieś w secie przewinął się krótki, cięższy numer przypominający o tym z czego grupa jest znana, a występ zakończył się żartobliwym bluesidłem, podczas którego Piotr między innymi przedstawił zespół. Tego typu muzyczne żarty są na miejscu, jeżeli zachowane zostają proporcje między nimi a całością występu (w końcu to rock’n’roll a nie kabareton) – tak było tym razem, chwała!

Repertuar Ashtray od początku wydawał się nam być tworzywem bardziej naturalnym pod wyrzeźbienie akustycznego setu. Kojarzą się pod wieloma względami z Seattle, a tamtejsze grupy wręcz słyną ze swoich nagrań unplugged. Być może jednak poprzeczka postawiona wysoko przez Vagitarians sprawiła, iż występ Ashtray nie zachwycił. Zabrakło zaskoczenia – numery brzmiały w zasadzie jak tradycyjne rockowe kawałki, tyle że zagrane akustycznie. Być może trzeba było zagrać bardziej subtelnie. Wskazywałby na to fakt, iż najlepszym momentem występu był ostatni (nie licząc bisu) zagrany utwór, Dust. Klimatyczny i melancholijny, zrobił bardzo dobre wrażenie.

Być może wreszcie Ashtray to zespół, którego siła leży w riffach (swego czasu zdobyli nawet nagrodę za najlepsze riffowanie na jednym z warszawskich przeglądów rockowych). Sam wokalista przyznał, że czują się trochę nieswojo i było to słychać w momentach, kiedy próbowali wyciskać z akustyków tłuste powerchordy, jednak brakowało mocy. Choć nie można im odmówić paru konkretnych patentów – w ciekawy sposób „odkwadratowili” nowym aranżem z założenia toporny w swojej standardowej wersji Tank, świetnie wypadł Plush z repertuaru Stone Temple Pilots. Bardzo dobrze dawał sobie radę lider grupy, Jakub Domański – zarówno wokalnie, jak i gitarowo. Plus również za sposób bycia Kuby – krótkie, luźne, niewymuszone gadki między numerami pasowały do klimatu koncertu. Podsumowując, występ solidny – chłopaki udowodnili, że nowicjuszami nie są i grać potrafią. Trochę jednak zabrakło pomysłu na odnalezienie się w nietypowym instrumentarium.

Niemniej wieczór był bardzo udany, warto było przejść się do HRC. Wystąpiły dwie naprawdę mocne kapele, które w odmienny sposób podeszły do przystosowania materiału pod akustyczne brzmienia. Finał będzie jednak elektryczny, i to od was zależy kto w nim zagra, ponieważ jak to tradycyjnie bywa w przypadku Pepsi Rock Battlefield, o awansie do kolejnej rundy decyduje ilość wysłanych na daną kapelę SMS-ów.

Informacje na temat głosowania i przebiegu rywalizacji znajdziecie tutaj: http://www.pepsirocks.pl/glosowanie.htm

Reklamy
Otagowane , , , ,