Monthly Archives: Grudzień 2011

The Freuders – Hikikomori EP

Wydane własnym sumptem Hikikomori EP to debiutancki materiał The Freuders, którzy postawili na wymieszanie bardzo różnych od siebie inspiracji i zamknięcie ich w nieco ponad dwudziestominutowej całości.

Całość ta zaczyna się psychodelicznie i dynamicznie. Never Talk To Strangers  oparty został na jednostajnym, dźwięcznym riffie basu, któremu towarzyszą mocno sfuzzowane, hałaśliwe gitary. Surowe brzmienie i oszczędny wokal kojarzą się choćby z dokonaniami zespołów Johna Garcii, takich jak Unida czy Slo Burn, choć oczywiście przylepienie wyświechtanej łatki „stoner” byłoby tutaj zbyt dużym naciągnięciem. A także uproszczeniem, ponieważ jak już zostało wspomniane, Hikikomori EP to pomieszanie klimatów różnych.

Drugi na płytce Angel-O-Spinner to jeszcze kontynuacja grania bardzo rockowego, choć już bardziej indie, bez tego bujania i psychodelii, które charakteryzowały otwieracz. Właściwie jest to najsłabszy numer na płycie, z wielokrotnie powtórzonym, dość nijakim riffem i niepewnym, zduszonym wokalem. Z następnym numerem następuje jednak obiecana już zmiana klimatu. Morse Affair zaczyna się bardzo subtelnie – to nadal granie dosyć proste, jednak kompozycja narasta i rozwija się w ciekawy sposób. Z z czasem dochodzi przesterowana gitara, a umieszczony w końcówce motyw z wysoko grającym basem kojarzy się z Delikatnieniem Świetlików – to tak odnośnie dużej rozpiętości stylistycznej.

Rosemary’s Baby spełnia zawartą w tytule obietnice, tzn. okazuje się numerem bardzo nastrojowym i nieco mrocznym, nawet jeżeli za rogiem nie czają się Polański z Komedą. Zespół wreszcie powraca do tego, z czym do czynienia mieliśmy w Never Talk To Strangers – ponownie pojawia się budowanie przestrzeni i muzycznego tła, numer nie jest płaski, wypada również o wiele lepiej pod względem wokalnym, zwłaszcza zwrotka brzmi bardzo dobrze. Ciekawie dzieje się także w drugiej części piosenki, między innymi w warstwie gitarowej, gdzie przyjemne, funkowe akordy przeplatają się z rockową, przesterowaną solówką.

Ostatni utwór na płytce to najdłuższa (7:33 min.) i najbardziej rozbudowana kompozycja na EPce. Instrumental bardzo udany – kolejne wątki nie leżą zbyt daleko od siebie, zabawy z dynamiką są oszczędne, nie ma też zbędnego brandzlowania się popisami solowymi. Numer płynie przyjemnie i nie nudzi nawet słuchany kilka razy pod rząd.

Czwórka, jednak z dwoma minusami. Kolejno: za niezdecydowanie stylistyczne, które nie zawsze wychodzi na dobre, oraz za momentami zbyt cichy, nieśmiały (?) wokal (np. w Morse Affair).

Hikikomori EP do ściągnięcia pod tym linkiem.

Otagowane

Live! Relacja: Lora Lie

9.12.2011  Hydrozagadka | autor: Michał Rogalski

Lora Lie to zespół, który trudno zaszufladkować. Założony przez członków grupy The Spouds, która swoim brzmieniem przywołuje na myśl Sonic Youth czy At The Drive-In, wspólnie z dwiema wokalistkami Kają Domińską i Pauliną Sztramską (która gra także na basie), jest porównywany do PJ Harvey czy CocoRosie. Trudno jednak przykleić Lora Lie etykietę konkretnego gatunku czy stylu muzycznego. Na brzmienie zespołu składają się hałaśliwe gitary, błądzący zwykle po wysaokich jak na ten instrument rejestrach bas, nieco monotonną perkusję i wreszcie dwa kobiece głosy wyśpiewujące melancholijne melodie. Grupa zadebiutowała w 2010 roku surową, garażową i nieco chropowatą EP-ką Rewind, dostępną do ściągnięcia tutaj. Rok później pojawiło się Catadores EP, zawierające materiał lepiej wyprodukowany, bardziej przestrzenny, bardziej melodyjny i, jeśli można tak w ogóle powiedzieć, nieco bardziej przebojowy.

Po raz pierwszy Lora Lie widziałem na koncercie pod koniec 2009 roku, gdy ze swoim świeżo upieczonym materiałem występowali jeszcze pod nazwą Parisian Lark. Tamtym koncertem nie sprawili, żebym się jakoś zainteresował ich dalszymi losami. Minęło jednak trochę czasu, a kolejne EP-ki kapeli, już pod obecną nazwą, zaczęły zbierać dobre recenzje na blogach i portalach poświęconych muzyce alternatywnej. Potem stało się coś nieoczekiwanego. Jedna z wokalistek, Kaja Domińska, pojawiła się w programie The Voice Of Poland. Co więcej, przypadła do gustu jurorom i zaśpiewała również w kolejnych odcinkach. Trzeba przyznać, że ktoś występujący w zespole grającym dość hermetyczny gatunek muzyczny, a jednocześnie rywalizujący o główną nagrodę w mainstreamowym talent show to pewien fenomen.

Praski klub Hydrozagadka w piątek 9 grudnia nie wyglądał jednak, jakby występowała w nim gwiazda telewizyjnego show, frekwencja na koncercie była raczej umiarkowana. Również gwiazda wieczoru, bydgoskie George Dorn Screams, nie zgromadziła wielkich tłumów. Przynajmniej nie takich na jakie chyba liczyli włodarze klubu. Sądzili oni prawdopodobnie, że miejscówka wypełni się po brzegi ludźmi i będzie tak duszno, że ogrzewanie lokalu będzie zbędne. W związku z tym zakręcili kaloryfery, co zaowocowało tym, że w Hydrozagadce panował po prostu przejmujący chłód. Co bardziej naiwni skorzystali jeszcze z usług szatniarza, a ci bardziej zapobiegliwi po prostu spędzili wieczór w kurtce. Być może czasami warto pomarznąć na dobrym koncercie, a do Lora Lie i George Dorn Screams lepiej pasuje zimowa, chłodna aura, niż palące słońce i palmy. Jednak trzeba powiedzieć, że taki ziąb w klubie może zepsuć odbiór nawet najlepszego wykonawcy. Kończąc jednak te złośliwości – mimo wszystko sądzę, że przyczyną zamarzania publiczności była jednak awaria ogrzewania, a nie celowe działanie klubu – przejdźmy do samego występu.

Lora Lie wystąpiło tego wieczoru w nieco zmienionym składzie, Paulinę Sztramską zastępuje obecnie na żywo basista i wokalistka. Zespół wykonał zarówno starszy, jak i nowszy materiał. Najlepiej zabrzmiały na żywo: pełen napięcia, jeden z najbardziej energicznych i rockowych w repertuarze grupy, utwór Enemy oraz zwieńczony ciężkim i mrocznym finałem Retinosis Pigmentaria. Poza wyżej wymienionymi trudno jednak wskazać jakieś szczególnie wyróżniające się momenty w występie Lora Lie. Zespół prezentuje raczej introwertyczny performance – poza krótkim „Dziękujemy” po zakończeniu występu żaden z muzyków nie odezwał się do publiczności ani słowem. Członkowie kapeli byli też wyjątkowo statyczni, można powiedzieć, że wręcz sztywni. Jedynym wyjątkiem był gitarzysta (a zarazem autor muzyki i większości tekstów) Mateusz Romanowski, który podczas wygrywania swoich brudnych riffów ruszał się w typowy dla post-rockowych i post-punkowych szarpidrutów sposób (identycznie bujał się chociażby gitarzysta George Dorn Screams). Ogólnie występ grupy był dość monotonny. Zaliczyłbym go nawet do nudnych, gdyby nie jedna rzecz – głos głównej wokalistki – Kai Domińskiej.

Słusznie doceniony przez jurorów komercyjnego programu, sprawdza się doskonale w offowym repertuarze i jest zdecydowanie największym atutem zespołu. Potrafił, bez zbędnego popisywania się skalą, bez zbytniej skłonności do ozdobników, zabrzmieć nietuzinkowo. Niespełna dwudziestoletnia Domińska jak na razie nie dorobiła się i miejmy nadzieję, nie dorobi się nigdy żadnej szczególnej maniery, ani od nikogo nie ściąga. I to właściwie sprawia, że Lora Lie jest zespołem godnym polecenia. Głosowi drugiej wokalistki chwilami brakowało głębi i przestrzeni. Był to chyba efekt zamierzony, aczkolwiek mi nie przypadł do gustu. W songwritingu, rytmach i melodiach ciekawych pomysłów na czterdziestominutowy materiał jest zaledwie kilka. Nie jest jednak ambicją zespołu tworzyć chwytliwe riffy i przebojowe numery. Atutem tego rodzaju projektu może być tworzony przez muzyków nastrój. Tu jednak mamy do czynienia z pewnym dysonansem – pełne napięcia, niepokojące gitary i perkusja zderzają się w muzyce Lora Lie z melancholijnymi i melodyjnymi, kobiecymi wokalami. I nie działa to niestety, przynajmniej moim zdaniem, na korzyść zespołu.

Trzeba jednak powiedzieć, że zespół zaprezentował solidną formę, a koncert był porządnie zagrany. Mateusz Romanowski i Tomek Skórzyński to muzycy, którzy zebrali spore doświadczenie koncertowe ze swym macierzystym The Spouds. Ostatnio zaliczyli nawet występ na niezależnym festiwalu w Liverpoolu – myślę, że zasłużenie. (jak słusznie zauważył komentujący r., Tomek Skórzyński opuścił szeregi The Spouds zanim doszło do koncertu na wyspach. Dzięki za czujność – przyp. MT)

Ogólnie życzę kapeli kolejnych sukcesów, poszerzania grona swoich fanów i wydawania coraz lepszego materiału. Występ wokalistki w The Voice Of Poland przysporzył niewielkiego, ale jednak rozgłosu jej macierzystemu projektowi, nie zniechęcił natomiast dotychczasowej publiki, która nie oszukujmy się, przeważanie pogardza telewizyjnymi konkursami talentów. Chociaż nie mam złudzeń, że sława ludzi występujących w nich wykonawców trwa, z kilkoma wyjątkami, bardzo krótko (zwłaszcza przy takim natłoku tego rodzaju widowisk z jakim mamy do czynienia obecnie), to życzę Lora Lie utrzymania obecnego przyspieszenia.

PS. Najnowszy materiał grupy, czyli EPkę Catadores, zakupić można za 15 złotych (w przypadku odbioru osobistego, np. na koncercie), lub za 20,50 zł z przesyłką. Kontakt: piotr.strzemieczny@wp.pl

Otagowane , ,

Live! Relacja: Mama Selita

18.11.2011 Klub Chwila

Mama Selita to jeden z tych zespołów, które ładnych parę lat temu przekonały nas, iż scena niezależna może być źródłem naprawdę świetnej muzyki, muzyki w niczym nieustępującej produkcjom mainstreamowym. Pamiętamy niedostępne już chyba nigdzie nagrania z poprzednim wokalistą, z bengerami w stylu Bober Song. Pamiętamy pierwsze koncerty, na których poznawaliśmy muzykę zespołu. Wczesna jesień 2005, Indeks, Diuna, Le Madame. W owym czasie grupa wypuściła udane, 4-utworowe demo z przebojowymi, ociekającymi groovem kawałkami takimi jak Funksystem czy Dżejmz. W kolejnych latach Mama delikatnie zmieniła skład oraz zagrała mnóstwo koncertów w całej Polsce i nie tylko – dotrzeć udało im się m.in. w okolice londyńskiego Wembley, gdzie zagrali na małej scenie PKO BP London Festival. Nie tylko nam wydawało się, że kontrakt z porządną wytwórnią i wydanie debiutanckiej płyty to tylko kwestia czasu.

Tak się jednak nie stało, a pytać nie wypada, bo jak rapuje głos Mamy, Igor: „Ej chłopaki kiedy nowa płyta? Synu milcz, wtedy gdy ktoś ją wyda”. Nie ma jednak dramatu, a do tego wyczekiwanego przez wielu fanów momentu coraz bliżej – znamy już tytuł albumu („3, 2, 1…”),  a w Internecie posłuchać można kilku numerów, które prawdopodobnie znajdą się na krążku. Wideoklip do najnowszego singla noszącego tytuł Brudne Bomby miał swoją premierę 18 listopada w Chwili przy ulicy Ogrodowej.  Wybraliśmy się więc, aby zapoznać się z tą nowostką, a także sprawdzić, czy Mama Selita nadal pozostaje zespołem grającym „najgroźniejszy funk w mieście”.

Frekwencja była optymalna. Parę osób więcej i po klubie nie dałoby się w żaden sposób poruszać. Klip pokazany został przed koncertem – nawet wrzucaliśmy go już na stronkę, a niedługo później chłopaki sami zainstalowali się na scenie. Przestrzeń przed sceną była wypełniona dość szczelnie, a publiczność żywiołowo reagowała na kolejne kawałki. Poleciało kilka „starych” numerów takich jak bujający Funksystem czy klimatyczny Dym z papierosów, jednak większą część repertuaru stanowiły nowsze numery, pokazujące, iż zespół nieco zmienił swój styl na przestrzeni ostatnich lat. Zrobiło się jakby bardziej oszczędnie (kiedyś była druga gitara, a na demówce pojawiły się nawet skrecze), szorstko i ciężko. Dużo Red Hot Chili Peppers, momentami jednak Rage Against The Machine. Jak udowodniliśmy w poprzednim akapicie, znamy tekst singla Rocky i zdajemy sobie sprawę z faktu, iż Mamie niekoniecznie podobają się porównania z innymi artystami. Zgadzamy się z tym, że grupa swój styl ma, jednak skojarzenia są nieuniknione. A jeżeli chłopakom naprawdę zależy na zamknięciu ust „porównywaczom”, to zamiast wrzucać do sieci tego typu filmiki, powinni zastanowić się nad doborem coverów. Wiele osób przyjęło entuzjastycznie hity takie jak Can’t Stop Red Hotów – wiadomo, że ludzie wprost uwielbiają to co znają. Nam jednak odgrywanie przez funk-rockowy skład jednego z największych przebojów RHCP kojarzy się raczej z zabiegami młodych metalowców, męczących na koncertach flagowe numery Metalliki.

Covery to jednak jedyny element układanki, który nie przypadł nam do gustu. Bo poza tym było faktycznie groźnie, energicznie, przebojowo i bardzo profesjonalnie. Mama Selita w obecnym wcieleniu jest może nieco mniej niż kiedyś funkowa, jednak nadal bardzo drapieżna. I czekamy na płytę, bo zapowiada się smakowicie. Na zachętę chyba najbardziej radiowy z opublikowanych dotychczas singli, Zły Chłopak:

Otagowane , ,