Monthly Archives: Listopad 2011

Live! Relacja: Bardzo Bardzo

14.11.2011 InDecks Music Club

Jeżeli urodziwa wokalistka ma ładny głos i umie śpiewać, a do tego za jej zgrabnymi plecami stoi trio utalentowanych i wszechstronnych instrumentalistów to wiedz, że coś się dzieje.

Naszą relację rozpoczniemy tym razem jednak od narzekań frekwencję. Idąc na imprezę o nazwie „Erasmus Party” do klubu znajdującego się przy samej bramie Uniwersytetu Warszawskiego liczyliśmy na to, że faktycznie będziemy mieli do czynienia z PARTY przez duże „p”. Liczyliśmy na studentów z zagranicy, których na UW przecież nie brakuje. Liczyliśmy na studentów miejscowych, którzy najzwyczajniej w świecie wychodząc z zajęć wpadają do Indeksu na piwo lub osiem (co sami nie raz robiliśmy). Wreszcie liczyliśmy na spacerowiczów czy turystów, których nawet pomimo jesiennej aury nie powinno na warszawskim trakcie królewskim (zwanym salonem stolicy) brakować. Tym bardziej, że włodarze klubu wystawiają głośniki na zewnątrz, więc z odległości 50 metrów wiadomo, że tam coś się dzieje (a w okolicy nie ma wbrew pozorom zbyt wielu konkurencyjnych lokali). A warto zaznaczyć, że impreza nie ograniczała się do występu Bardzo Bardzo – po koncercie w Indeksie miejsce miała (lub też miała mieć – gdy wychodziliśmy tańczyły 4 osoby) regularna zabawa prowadzona przez Freak Out Soundsystem.

Co zawodzi? Być może 5 złotych za wstęp odstraszyło najuboższą część studentów, jednak parafrazując pewnego znanego komentatora sportowego „klub winilibyśmy najmniej”. Pytanie powinno brzmieć: „co jest z tym miastem?!”. Wychodząc z klubu niedługo po godzinie dziesiątej wieczorem Krakowskie Przedmieście było niemalże zupełnie puste. Schodząc Oboźną i skarpą w kierunku Dobrej niemożliwym było napotkanie żywej duszy. Gdzieś tam przemknął samochód, który okazywał się być policyjnym radiowozem lub bolidem Straży Miejskiej. To ma być kandydat do miana Europejskiej Stolicy Kultury?

Niemniej niewielka frekwencja sprawiła, iż koncert był bardzo klimatyczny. Wokalistka Joanna zapowiadała z klasą kolejne utwory, a po każdym z nich nieliczna jednak zaangażowana w słuchanie muzyki publiczność nagradzała zespół gromkimi oklaskami. Jak udało nam się dowiedzieć od perkusisty Steve’a, zespół postanowił zaprezentować na tym koncercie bardziej delikatną część swojego repertuaru, co ze względu na zastaną na miejscu publiczność było chyba dobrym wyborem. Bardzo Bardzo wykonuje muzykę z rejonów przestrzennego rocka progresywnego, z elementami jazzu czy funky. Instrumentaliści grają z głową, udowadniając, że często lepiej jest zagrać bardziej oszczędnie, nawet jeżeli umiejętności pozwalałyby na efektowne popisy. Głównym elementem jest w tej muzyce głos Joanny, choć oczywiście w kilku momentach na pierwszy plan wysuwają się solówki grane przez gitarzystę Glenna czy basistę Andrzeja. Jeżeli natomiast zapytalibyście nas jaki kawałek Bardzo Bardzo warto sprawdzić, polecilibyśmy prawdopodobnie Dat Cat – dynamiczny numer z bardzo fajną linią wokalną i ciekawymi partiami gitary basowej, który znajdziecie na profilu myspace grupy.

Bardzo Bardzo zaintrygowało nas nazwą i zafrapowało muzyką. Ciekawi jesteśmy co dalej – z pewnością dobrze by było, gdyby zespołowi udało nagrać się profesjonalnie brzmiącą demówkę, jako że tego typu muzyka po prostu wymaga dobrej produkcji, aby słuchacz mógł docenić kompozycyjne i brzmieniowe niuanse. Tymczasem warto wpadać na koncerty, o których bez wątpienia będziemy informować na stronie i facebooku.

Reklamy
Otagowane , , ,

Mama Selita – „Brudne Bomby” (klip)

Zgodnie z obietnicą, świeżutki klip od Mamy. Trzymamy kciuki, aby za klipem nadszedł cały album.

Otagowane ,

Rusted Brain – Juggler

Jak to powiedział kiedyś Marszałek Polski Józef Piłsudski, „kto nie był thrasherem za młodu, ten na starość będzie sk***ysynem”. Rusted Brain to młody zarówno wiekiem jak i stażem, ale bardzo sprawny thrashowy band z Warszawy o popularności zdecydowanie rosnącej. Bywalcy stołecznych klubów nieraz mogli się przekonać, że Rumcayz i spółka wiedzą o co chodzi w dawaniu do pieca – a w bieżącym roku zespołowi udało się zagrać udane koncerty również w innych miastach Polski. Ostatnio mieli nawet okazję supportować na 3 koncertach klasyczne grupy z USA oraz Niemiec, Hirax i Assassin. Zachęceni tą ofensywą, postanowiliśmy odświeżyć sobie jedyne jak dotąd nagranie Rusted Brain, Juggler.

Jak utrzymuje sam zespół, Juggler to EP. Na krążku znalazło się jednak ponad 40 minut muzyki, a więc materiału jest więcej niż na niejednym thrashmetalowym albumie (że podamy Reign in Blood jako najbardziej oczywisty przykład). I to wszystko, w przypadku Rusted Brain, za jedyne 5 pln (lub za darmo do odsłuchy na stronie grupy).

Chłopaki zadbali o stronę graficzną – jest nadruk na płytce, napisy, tytuły, podziękowania. Wszystko w klimacie. Komiksowa okładka w połączeniu ze znajdującym się na odwrocie dopiskiem „Powered by Perła Beer” budzi jak najbardziej niesmaczne skojarzenia z obrazami zdobiącymi wydawnictwa kuflowej niemieckiej grupy Tankard – i o to chodzi! A do tego dochodzi oldschoolowa stylówa – długie włosy, wąskie spodnie, białe adidasy i wielkie, kanciaste gitary.

Nowatorskich rozwiązań nie należy doszukiwać się także w warstwie najważniejszej, dźwiękowej. Jest klasycznie i bardzo po środku. Trochę szkoły amerykańskiej, trochę niemieckiej. Gitary siekają z agresją, perkusja działa jak należy, a do tego dochodzi bardzo fajne brzmienie basu, który w wielu momentach wybija się z miksu dźwięcząc przyjemnie. Numery raczej nie są specjalnie długie, przeważnie trwając około 4 minut – bez zbędnych zwolnień i balladowych wstawek. Mimo to materiał nie jest monotonny, aczkolwiek nie mielibyśmy nic przeciwko większej ilości elementów urozmaicających, takich jak melodyjny motyw nadchodzący po solówce w kawałku Anxiety. 

Będąc uczciwymi nie możemy pominąć pewnych minusów. Przede wszystkim nie bardzo pasują nam tutaj solówki. Nie przeszkadza nam fakt, iż są one dość proste i mało oryginalne (Sons of Darkness) – jednocześnie są jednak bardzo lekkie, zwiewne i heavy metalowe, przez co zdają się nie nadążać za agresywnymi riffami i sekcją. Trochę mniej Hammetta, więcej Slayera i brzmiałoby to prawdopodobnie o wiele lepiej. Drugą wadą jest momentami wokal – Rumcayz ma bardzo fajny, pasujący do muzyki głos, jednak momentami jakby „za bardzo chciał”. Przegina w paru miejscach z manierą i brzmi to nieco karykaturalnie. Niemniej to przecież dopiero studyjne początki, niejeden wokalista z metalowej czołówki wypadał gorzej na pierwszych nagraniach (mówi wam coś nazwa No Life ’til Leather?).

EPka (?) Juggler to 40 minut bezkompromisowego, oldschoolowego podejścia do tematu. Fani gatunku powinni łyknąć bez popity, a my gorąco zapraszamy na koncerty Rusted Brain, czekając jednocześnie na kolejne nagrania.

Otagowane , , ,

LIVE! RELACJA: VAGITARIANS, ASHTRAY

01.11.2011, Hard Rock Cafe Warsaw

Dnia Zadusznego wigilijny wieczór przyszło nam spędzić w zadumie w warszawskim Hard Rock Cafe, na kolejnym koncercie drugiej edycji konkursu Pepsi Rock Battlefield. Była to runda półfinałowa, w której (dzięki SMS-om wysyłanym przez wiernych fanów) udział wzięły stołeczne grupy Vagitarians oraz Ashtray, a także licznie zgromadzona publiczność. Co więcej, etap był to wyjątkowy, bo muzykom kazano zostawić wzmacniacze w domu i przyjechać z gitarami akustycznymi.

Byliśmy zaskoczeni dużą ilością ludzi przybyłych do klubu. Właściwie mamy to w każde święto narodowo-religijno-urlopowe – idziemy wieczorkiem na miasto z wątłą nadzieją, że cokolwiek będzie otwarte, a kończy się sporą bibką z zakręconymi ludźmi i finałem w śnieżnej zaspie. Jak widać, skoro karp i pierogi nie są w stanie powstrzymać warszawskiej młodzieży przed imprezowaniem, nie są też w stanie zrobić tego wszyscy święci.

Jako pierwsi na scenie zainstalowali się Vagitarians. Z dwóch zespołów to właśnie ci junacy stanowili dla nas większą zagadkę. Na co dzień poruszają się w klimatach stoner/sludge/doom, a plotki głoszą, że ich gitarzyści depczą fuzza nawet pod stołem w kuchni – jak więc niby miałoby to zagrać bez porządnego przesterowania? Już pierwszym numerem udowodnili, że nie zamierzają iść na łatwiznę, nawet jeżeli przygotowanie nowych aranży poszło im łatwo, a przynajmniej szybko (tudzież tak tylko się krygowali w rozmowach). Długie, instrumentalne partie nabrały plemiennego, transowego klimatu, z instrumentarium uzupełnionym o afrykańskie bębny. Niektóre zagrywki spokojnie mogłyby wylądować na którymś krążku Queens of the Stone Age czy Desert Sessions. Nawiasem mówiąc, skojarzenia z QotSA budził też gitarzysta rytmiczny grupy, ubrany niczym Troy van Leeuwen.

Pustynne klimaty Vagitarians przełamywali bardziej konwencjonalnymi numerami, takimi jak Flesh and Blood. Pozytywnie zaskoczył wokalista, który świetnie poradził sobie prezentując delikatniejszy niż zwykle styl śpiewania, dodatkowo harmonizujący fajnie ze wspomagającym go głosem gitarzysty Piotra, „Solóweczki”. Konkretnie zabrzmiało również Stoner Ceremony, okraszone barowo-bluesowym wstęp. Gdzieś w secie przewinął się krótki, cięższy numer przypominający o tym z czego grupa jest znana, a występ zakończył się żartobliwym bluesidłem, podczas którego Piotr między innymi przedstawił zespół. Tego typu muzyczne żarty są na miejscu, jeżeli zachowane zostają proporcje między nimi a całością występu (w końcu to rock’n’roll a nie kabareton) – tak było tym razem, chwała!

Repertuar Ashtray od początku wydawał się nam być tworzywem bardziej naturalnym pod wyrzeźbienie akustycznego setu. Kojarzą się pod wieloma względami z Seattle, a tamtejsze grupy wręcz słyną ze swoich nagrań unplugged. Być może jednak poprzeczka postawiona wysoko przez Vagitarians sprawiła, iż występ Ashtray nie zachwycił. Zabrakło zaskoczenia – numery brzmiały w zasadzie jak tradycyjne rockowe kawałki, tyle że zagrane akustycznie. Być może trzeba było zagrać bardziej subtelnie. Wskazywałby na to fakt, iż najlepszym momentem występu był ostatni (nie licząc bisu) zagrany utwór, Dust. Klimatyczny i melancholijny, zrobił bardzo dobre wrażenie.

Być może wreszcie Ashtray to zespół, którego siła leży w riffach (swego czasu zdobyli nawet nagrodę za najlepsze riffowanie na jednym z warszawskich przeglądów rockowych). Sam wokalista przyznał, że czują się trochę nieswojo i było to słychać w momentach, kiedy próbowali wyciskać z akustyków tłuste powerchordy, jednak brakowało mocy. Choć nie można im odmówić paru konkretnych patentów – w ciekawy sposób „odkwadratowili” nowym aranżem z założenia toporny w swojej standardowej wersji Tank, świetnie wypadł Plush z repertuaru Stone Temple Pilots. Bardzo dobrze dawał sobie radę lider grupy, Jakub Domański – zarówno wokalnie, jak i gitarowo. Plus również za sposób bycia Kuby – krótkie, luźne, niewymuszone gadki między numerami pasowały do klimatu koncertu. Podsumowując, występ solidny – chłopaki udowodnili, że nowicjuszami nie są i grać potrafią. Trochę jednak zabrakło pomysłu na odnalezienie się w nietypowym instrumentarium.

Niemniej wieczór był bardzo udany, warto było przejść się do HRC. Wystąpiły dwie naprawdę mocne kapele, które w odmienny sposób podeszły do przystosowania materiału pod akustyczne brzmienia. Finał będzie jednak elektryczny, i to od was zależy kto w nim zagra, ponieważ jak to tradycyjnie bywa w przypadku Pepsi Rock Battlefield, o awansie do kolejnej rundy decyduje ilość wysłanych na daną kapelę SMS-ów.

Informacje na temat głosowania i przebiegu rywalizacji znajdziecie tutaj: http://www.pepsirocks.pl/glosowanie.htm

Otagowane , , , ,