Tag Archives: funk

Pogromcy mitów, czyli recenzja Mama Selita – 3, 2, 1…!

Nie można czuć się zupełnie bezpiecznie recenzując, oceniając, opisując czy szufladkując muzykę Mama Selity. Albowiem jak sami utrzymują, maminsyny są z nich krnąbrne, a o wszelkiej maści paskudnych krytykach wypowiadali się już nie raz w bardziej lub mniej dowcipny sposób.

No bo nie dziwię się, że porównania wymieniane przez Igora w Rockym mogą drażnić, ale z drugiej strony, do tej pory większość z nich wydawała się jak najbardziej niebezpodstawna. Byłem ciekaw reakcji chłopaków na ocenę jury w Must Be The Music, kiedy po raz kolejny padło porównanie do Rage Against The Machine, tym razem ze strony faceta z Afromental. A parę miesięcy wcześniej zastanawiałem się w klubie Chwila skąd pomysł na granie utworów RATM-u i RHCP w czasie koncertu. Chęć pójścia na przekór czy brak konsekwencji?

Niemniej wreszcie nadszedł czas, by zmierzyć się z tak długo wyczekiwanym (serio chłopaki, wybaczcie, że tyle razy pytaliśmy was „kiedy płyta” – to miał być komplement), debiutanckim krążkiem 3, 2, 1…! Także zabawmy się w pogromców mitów.

Rage Against The Machine

Przeglądając na szybko Internet łatwo dojść do wniosku, że jest to porównanie najczęstsze. I gdy posłuchać utworu Brudne Bomby wszystko wydaje się absolutnie oczywiste – od bujającej sekcji, przez funkujący i agresywny riff gitarowy, po wokale. Nawet tekstowo, choć nie ma politykowania, można poczuć buntownicze nastawianie, ze zrzucaniem bomb i jednoczeniem się w większą ekipę („każdy mój człowiek to jeden ładunek”). Podobne skojarzenia budzić mogą, choć w mniejszym stopniu, otwierający płytę Napad, a także przewijający się po tym tekście niczym Tom Morello w rankingach najbardziej oryginalnych gitarzystów w historii muzyki rockowej Rocky, oraz Moment, nagrany z gościnnym udziałem Hadesa z HiFI Banda. Zauważmy jednak, że nie jest to nawet połowa albumu. I tu Mama Selita zaskoczyła mnie naprawdę pozytywnie. Na albumie postanowili naprawdę pokombinować i pokazać różne odcienie swojej twórczości, w dużej mierze stawiając na klimat. Oprócz tych kilku cięższych petard podają rockowo-alternatywne granie w postaci Mistrzyni kamuflażuZłego chłopaka czy klimatyczne, spokojne kompozycje: znany od wielu lat z koncertów lecz ciekawie odświeżony DymDobranoc, czy chyba najbardziej udany, znakomity na zamknięcie albumu Czas przeszły.

Red Hot Chili Peppers

To porównanie chyba od zawsze wynikało przede wszystkim z efektu pierwszego skojarzenia, powiązanego z niską świadomością muzyczną dotyczącą bardziej funkowych brzmień. No bo basista coś tam zawija, gitara funkuje, wokalista buja się przy statywie – no Flea i spółka, jak nic. I porównanie nie było takie fatalne, ale więcej sensu miało jednak dobre parę lat temu. Nie mówię już nawet o czasach najbardziej zamierzchłych, kiedy Mama Selita miała jeszcze długowłosego śpiewaka na stanowisku frontmana, ale choćby brzmieniu sprzed zmiany basisty. Obecny człowiek odpowiedzialny za niskie tony, Herbert, odchodzi od grania zwariowanych i wyrazistych groove’ów w kierunku tworzenia spójnej sekcji z perkusistą. Zostawia tym samym więcej miejsca na wokal, który czasem może coś tam śpiewnie zarapuje, ale jednak jest to rap (no dobra, Kiedis też na początku rapował, ale różnica jest chyba wyraźna), a także na gitarę. Grzesiek gra w bardzo zróżnicowany sposób, często piosenkowo-akordowy we wspomnianych bardziej rockowych-mniej rage’owych numerach, czasem robi tło – parę odniesień można by zaznaczyć, jak np. świetna, ciągnąca się i przechodząca w solo partia w utworze Dym, która spokojnie mogłaby znaleźć się na albumie Californication (ten sposób płynięcia riffu, coś jak w Parallel Universe chociażby). Ale to już takie szukanie podobieństw na siłę.

Fisz

To kolejne auto-porównanie zaczerpnięte z Rocky’ego i zawsze gdy je słyszę zastanawiam się, czy to czasem trochę nie taki auto-komplement. Nie ujmując nic Igorowi, ale – jak wiadomo – Fisz Wielkim Artystą Jest. Może i jest trochę Waglewskiego w sposobie wydobywania fraz, ale generalnie Pan Seider (pan nie zejdzie, był taki numer Duży Luz, nie? do dziś go słucham, nie wiem czy powinienem o tym pisać, ale mam na dysku koncert live z Progresji, rok chyba 2006) tworzy własną jakość wokalno-liryczną i jest prawdopodobnie najbardziej oryginalnym elementem tej układanki (choć tu należy wziąć poprawkę na fakt, iż nie jestem aż tak za pan brat z rapem, żeby moja opinia była faktycznie mega wartościowa). Nie wiem jak tam jest w zespole z tekstami, czy powstają solo czy kolektywnie (trzeba będzie kiedyś zapytać), ale są naprawdę dobre i to jest z kolei opinia, z którą nikt nie ma prawa się nie zgodzić, bo się znam. Jest fantastyczne malowanie widokówek, które podoba mi się zwłaszcza w strofach dotyczących Warszawy („Chmielna, modne gangi na Vespach, stare Smieny, styl warszawskiej bohemy / wszystkie noce, które chcesz odespać i ta jedna z nim na Cytadeli” – Zły chłopak), nastrojowy storytelling (Dym), trochę rockowej autotematyki (Napad) czy kawałki bardziej zaangażowane – nazwijmy to – społecznie, dające do myślenia, a jednocześnie zabawne i inteligentne (Moment czy nastroszony świetnymi wersami Nie wolno się śmiać, gdzie Igor jest „serio, jak znicz na lastryko”).

Podsumowanie

Nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało w telewizji, ale chyba mogę napisać, że mity udało się w dużej mierze obalić, a Mama Selita swoim gorącym debiutem mocno narusza klej, na który przyczepiono doń te wszystkie dziennikarskie łatki. Może nie do końca, nie wszystkich porównań uda się uniknąć, ale dajcie spokój, nie dajmy się zabić za oryginalność. Niech się zabijają owinięci rozgałęziaczami hipsterzy na Powiślu.

O ile zespół zawiódł mnie na ostatnim koncercie, dobierając oczywiste covery itd., o tyle płyta naprawdę niemalże zachwyca. Zróżnicowana, klimatyczna, świetna zarówno na gorący warszawski dzień, jak i na wieczór spędzany gdzieś na balkonie na dwunastym piętrze, gdzie oddajesz się melancholii będąc dla postronnych jedynie niewidocznym, delikatnie rozżarzonym punkcikiem na końcu swojego ostatniego papierosa przed snem.

Jak ktoś jeszcze nie ma, to biegiem do sklepu albo przez Internet. I pytamy ich na złość, acz zupełnie serio: „hej panowie, kiedy nowa płyta?”

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

Live! Relacja: „Ostatnie Ciastka tej zimy”, czyli The Cookies w klubie Dobra Nocka

Przez cały dzień zastanawialiśmy się, czy w ogóle fajnie w tej Dobrej Nocce, a na miejscu okazało się, że to ten sam lokal, w którym upiliśmy się i zrobiliśmy z siebie idiotów z rok wcześniej, tylko ze zmienioną nazwą. Na szczęście nas nie pamiętali, także już na wejściu miejscówa skojarzyła się przyjemnie.

Również na wejściu wpadliśmy na pomysł zorganizowania wyborów miss pań-przybijających-w-klubach-pieczątki, co spowodowane było rzecz jasna wdziękiem pani-przybijającej-pieczątki w Dobrej Nocce. Nie mamy jednak potrzebnych środków i zaradności, więc może ktoś inny podejmie się tematu.

Dalej było wcale nie mniej atrakcyjnie. The Cookies byli jedyną kapelą mającą wystąpić tego wieczoru, co ma swoje zalety – brak tej nerwowości „kiedy wyjdą, kto pierwszy, kto ostatni, szybciej, bo cisza nocna, bo inne kapele będą musiały skrócić set”. Tutaj był luz, piwko przy barze, a następnie pod scenę. Tu pierwsze zaskoczenie – oczywiście trzeba brać pod uwagę niewielkie rozmiary sali, niemniej izba została wypełniona kiwającymi się w rytm płynącej ze sceny muzyki głowami bardzo szczelnie. Wiadomo jak to bywa z frekwencjami, więc fajnie. Kiwanie głowami i pierwsze, nieśmiałe próby stosowania kroków tanecznych rzecz jasna nie dziwiły – Ciastka grają muzykę zdecydowanie nadającą się do czynienia tego typu figur. Jest groove, jest dusza, funk, soul, r&b i nawet elementy rapu, objawiającego się jako jedna z technik wokalnych proponowanych przez wokalistkę grupy, Karolinę. Frontmanka (nie wiadomo jak to napisać gdy nie jest się ministrą Muchą) grupy oprócz łączenia stylów Fisza i Eryki Badu mocno koncentrowała się na animowaniu publiczności do wspólnego śpiewania, klaskania i tańców, co wychodziło jej bardzo dobrze – duże propsy, bo choć sami zawsze się chowamy za kolegów gdy wokalista schodzi do nas ze sceny mikrofonem, to jednak koncert zapada w pamięć o wiele lepiej gdy konferansjerka jest żywa i na poziomie, a ludzie chętnie wchodzą w interakcję. Ci na sali tego wieczoru zaskakująco dobrze znali teksty, wykonując wiele refrenów do spółki z Karoliną.

W secie przeplatały się numery żwawsze i bardziej klimatyczne – nam bardziej przypadły do gustu te drugie. Te pierwsze, bardziej funkowe są zgrabnie skrojone i wpadają w ucho, jednak nie mają tej chwytającej głębi, ukrytej gdzieś w pomrukach basu Zbyszka czy delikatnym klawiszu Jana Ignacego, przewijających się w aranżach numerów spokojniejszych. W paru momentach głośniejszych można było usłyszeć również bardziej śmiałe wejścia syntezatora – liczymy na więcej tego typu zabiegów w przyszłości.

Publika była generalnie zachwycona, co zaowocowało dwoma bisami (a chcieli jeszcze więcej), na samym końcu zespół wykonał spontanicznie „c-durową krowę”, czyli jam utrzymany w stylistyce… country. Żart się jednak udał. Zaznaczamy, bo często się nie udają. Koncert również się udał. Na koniec mini-filozofia a la Paolo Coelho: szkoda, że zimę żegna/wiosnę wita się tylko raz w roku.

Otagowane , , , , ,