Monthly Archives: Marzec 2012

Live! Relacja: „Ostatnie Ciastka tej zimy”, czyli The Cookies w klubie Dobra Nocka

Przez cały dzień zastanawialiśmy się, czy w ogóle fajnie w tej Dobrej Nocce, a na miejscu okazało się, że to ten sam lokal, w którym upiliśmy się i zrobiliśmy z siebie idiotów z rok wcześniej, tylko ze zmienioną nazwą. Na szczęście nas nie pamiętali, także już na wejściu miejscówa skojarzyła się przyjemnie.

Również na wejściu wpadliśmy na pomysł zorganizowania wyborów miss pań-przybijających-w-klubach-pieczątki, co spowodowane było rzecz jasna wdziękiem pani-przybijającej-pieczątki w Dobrej Nocce. Nie mamy jednak potrzebnych środków i zaradności, więc może ktoś inny podejmie się tematu.

Dalej było wcale nie mniej atrakcyjnie. The Cookies byli jedyną kapelą mającą wystąpić tego wieczoru, co ma swoje zalety – brak tej nerwowości „kiedy wyjdą, kto pierwszy, kto ostatni, szybciej, bo cisza nocna, bo inne kapele będą musiały skrócić set”. Tutaj był luz, piwko przy barze, a następnie pod scenę. Tu pierwsze zaskoczenie – oczywiście trzeba brać pod uwagę niewielkie rozmiary sali, niemniej izba została wypełniona kiwającymi się w rytm płynącej ze sceny muzyki głowami bardzo szczelnie. Wiadomo jak to bywa z frekwencjami, więc fajnie. Kiwanie głowami i pierwsze, nieśmiałe próby stosowania kroków tanecznych rzecz jasna nie dziwiły – Ciastka grają muzykę zdecydowanie nadającą się do czynienia tego typu figur. Jest groove, jest dusza, funk, soul, r&b i nawet elementy rapu, objawiającego się jako jedna z technik wokalnych proponowanych przez wokalistkę grupy, Karolinę. Frontmanka (nie wiadomo jak to napisać gdy nie jest się ministrą Muchą) grupy oprócz łączenia stylów Fisza i Eryki Badu mocno koncentrowała się na animowaniu publiczności do wspólnego śpiewania, klaskania i tańców, co wychodziło jej bardzo dobrze – duże propsy, bo choć sami zawsze się chowamy za kolegów gdy wokalista schodzi do nas ze sceny mikrofonem, to jednak koncert zapada w pamięć o wiele lepiej gdy konferansjerka jest żywa i na poziomie, a ludzie chętnie wchodzą w interakcję. Ci na sali tego wieczoru zaskakująco dobrze znali teksty, wykonując wiele refrenów do spółki z Karoliną.

W secie przeplatały się numery żwawsze i bardziej klimatyczne – nam bardziej przypadły do gustu te drugie. Te pierwsze, bardziej funkowe są zgrabnie skrojone i wpadają w ucho, jednak nie mają tej chwytającej głębi, ukrytej gdzieś w pomrukach basu Zbyszka czy delikatnym klawiszu Jana Ignacego, przewijających się w aranżach numerów spokojniejszych. W paru momentach głośniejszych można było usłyszeć również bardziej śmiałe wejścia syntezatora – liczymy na więcej tego typu zabiegów w przyszłości.

Publika była generalnie zachwycona, co zaowocowało dwoma bisami (a chcieli jeszcze więcej), na samym końcu zespół wykonał spontanicznie „c-durową krowę”, czyli jam utrzymany w stylistyce… country. Żart się jednak udał. Zaznaczamy, bo często się nie udają. Koncert również się udał. Na koniec mini-filozofia a la Paolo Coelho: szkoda, że zimę żegna/wiosnę wita się tylko raz w roku.

Reklamy
Otagowane , , , , ,

Live! Relacja: Clash of the Booze Brothers

M.O.R.O.N., Overload, Doomrow | 13.03.2012, Progresja

Wtorkowy wieczór spędziliśmy w Progresji, na koncercie o uroczej nazwie Clash of the Booze Brothers. Byliśmy jednym z patronów medialnych wydarzenia, toteż wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, ogromne zafrasowanie malujące się na gębie w momencie, w którym okazuje się, że w godzinę od otwarcia klubu jesteśmy w nim pierwszymi ludźmi poza muzykami i pracownikami klubu. Szczęśliwie, po jakimś czasie ludzie zaczęli się schodzić, a impreza mogła zostać uznana za otwartą.

Jako pierwszy na scenie zainstalował się zespół Doomrow. Nazwa groźna, tymczasem muzycy grupy okazali się być w rzeczywistości nastolatkami, którzy dopiero zdobywają sceniczne doświadczenia. Było to słychać, niedociągnięć w ich graniu nie brakuje, zwłaszcza perkusista i gitarzysta solowy muszą sporo pracować, bo było tam niemało niedokładności – z drugiej jednak strony niewykluczone, że przy odpowiednim nakładzie pracy będzie z tej mąki niezły wypiek. Już teraz w ucho wpaść mogą tworzone przez chłopaków thrashowe riffy, spodobać może się ogólny zamysł i fajnie, że cisną w takim kierunku. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach nie zabrakło coverów – początkowo byliśmy zatrwożeni, jednak wszystko wypadło naprawdę zaskakująco nieźle, jak Seasons In the Abyss Slayera czy Phobia z repertuaru Kreatora, gdzie za mikrofon złapał Gustaw.

Gustaw to frontman kolejnego bandu występującego tego wieczoru, Overload. Prawdziwa bestia sceniczna! Gra na gitarze (Explorer z wajchą!), produkuje thrashowe wokalizy i z zapałem zachęca publiczność do udziału we wspólnej zabawie. Reszta grupy nie zostaje zresztą w tyle – jest agresywnie, dynamicznie i z jajem. Raz, że mają dobry performance. Dwa, że ich muzyka posiada feeling charakterystyczny dla „południowych” grup takich jak Pantera czy projekty jej pokrewne. Panowie chyba jednak sami zdają sobie sprawę z tego, że są nieźli w tym co robią, bo nie zabrakło choćby długiej, popisowej solówki perkusyjnej. Generalnie polecamy wszystkim sympatykom gatunku, zwłaszcza na żywo. Także jak będą grali w okolicy, to można śmiało sprawdzać.

Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się M.O.R.O.N., z grupą wiernych sympatyków pod sceną. Na żywo widzieliśmy ich po raz pierwszy i zrobili dobre wrażenie – fajna, całkiem bujająca sekcja rytmiczna, ciężka, dynamiczna i jednocześnie przyjemnie brzmiąca (jedna!) gitara, wreszcie dwa uzupełniające się, zaangażowane, mocne wokale. Niestety, ledwo co chłopaki zdążyli się rozgrzać, doścignęły ich problemy techniczne. Próbowali ratować występ i wybrnęli z przerwy technicznej wykonując między innymi luźną wersję Spowiedzi Świętej z repertuaru Kazika – niestety niby drobna awaria okazała się być nie do przeskoczenia i zespół musiał przerwać występ. Szkoda, jednak co się odwlecze to nie uciecze – już dziś M.O.R.O.N. gra w Radio Luxembourg, także jak ktoś czuje nie dosyt albo nie dotarł poprzednio, to zapraszamy w imieniu kapeli!

Otagowane , , , ,

Sun Control Device – Sun Control Device (EP)

Sun Control Device to wciąż młody stażem zespół, który pomimo iż zaczął funkcjonować całkiem niedawno, bo w roku 2010, zdążył zagrać już całkiem sporo udanych koncertów (byliśmy dwa razy – naprawdę spoko), oraz wydać w 2011 debiutancką EPkę „…ab ovo”. Tymczasem wraz z początkiem cudownego roku bieżącego (roku końca świata – przyp. kalendarz Majów i Proroctwo Oriona) grupa ukończyła pracę nad swoim drugim wydawnictwem, którego Wy jeszcze nie możecie posłuchać w całości, a my już tak – i chętnie podzielimy się wrażeniami.

Pierwsze co zauważy obserwator bardziej lub nawet mniej uważny, to że na Sun Control Device EP składają się trzy numery o łącznej długości siedemnastu minut z małym hakiem. Słuchacz z kolei szybko dojdzie do wniosku, że wydawnictwo brzmi naprawdę niezgorzej. Na plus brzmienie wioseł w cięższych, riffowych fragmentach, a także sekcja rytmiczna, gdzie wyróżnia się zwłaszcza gitara basowa, bardzo przyjemnie dźwięczący w momentach spokojniejszych, jak choćby zwrotka w pierwszym z kolei utworze Makijaż. Utwór ten dość nieźle oddaje to co zespół uskuteczniał również przy okazji tworzenia materiału debiutanckiego, a więc próby połączenia motywów rockowo-metalowych z rockowo-alternatywnymi i progresywno-klimatycznymi, gdzie na te pierwsze pracuje przede wszystkim gitarowy duet oferujący solidne riffy (w omawianym utworze ciężkawy motyw kojarzyć się może z twórczością grupy Rammstein), na te drugie sekcja z wysuniętym basem i melancholijne partie wokalne. Odnośnie tych ostatnich, zdarzyło już się nam trafić na porównania wokalistki SCD Joanny do Agnieszki Chylińskiej. Jest to jednak zdecydowane pójście na łatwiznę. No bo pewnie, dziewczyna śpiewa kobiece teksty, do tego po polsku i w ciężkawej oprawie muzycznej. Gdzieś tam nawet prezentuje podobny styl frazowania – niemniej głos ma delikatniejszy i wykorzystuje go w sposób mniej siłowy, nie wspominając o braku denerwującej maniery, charakterystycznej dla jurorki Mam Talent.

Wróćmy jednak do EP-ki, gdzie jako drugi następuje najkrótszy w zestawie i opublikowany już w Internecie utwór Karaluchy, oparty na prostym i efektownym riffie, który spokojnie mógłby odnaleźć się w repertuarze Luxtorpedy (z którą to Sun Control Device miało już okazję koncertować). Dynamiczne granie ponownie przeplatane jest motywami spokojniejszymi, na szczęście jednak w tym numerze usłyszeć możemy Asię śpiewającą również nieco ostrzej, co przynosi przyjemne urozmaicenie.

Zdecydowanie największe pretensje do progresywności zdaje się mieć Niewiele słów. Trwa osiem minut dwadzieścia sekund i może nie porywa w całości, zawiera jednak parę konkretnych fragmentów, z naciskiem na świetny finał. Ogólne wrażenie jest jednak nieco osłabione przez pewne niuanse brzmieniowe, które zdają się być problemem dotyczącym wyłącznie tego numeru – o ile choćby poprzedzające go Karaluchy działają silnie i klarownie, tak tutaj momentami robi się mało przejrzyście i chaotycznie, drobne uwagi można mieć do miksu (gdzieś tam gitara na czystym kanale podejrzanie głośno, a może tak miało być). Kompozycja wydaje się być punktem kulminacyjnym EP-ki, stanowiąc niemal połowę jej długości, i jako taka odrobinę zawodzi – z drugiej jednak strony bardzo dobrze daje radę jako „zamykacz”. Starając się ocenić całość dochodzimy do wniosku, że brakuje jeszcze jakiegoś dodatkowego utworu między Karaluchami a Niewiele słów – takiego, który zdjąłby odrobinę odpowiedzialności z tego ostatniego. 

Druga wydawnictwo w dorobku kwintetu Sun Control Device przynosi nową jakość brzmienia jak i bardziej zdecydowane, lepiej dopracowane utwory. Postępu gratulujemy i właściwie to chętnie posłuchalibyśmy więcej, bo jest lekki niedosyt po tych trzech numerach. Nawet jeżeli jednak odrobinę one O.N.A.

***

Sun Control Device – Sun Control Device / EP, 2012 / 1. Makijaż 2. Karaluchy 3. Niewiele słów 

Otagowane