Relacja: Steel Fire | Prowler | Change Road

Na imprezę z proponowanej przez klub InDecks środowej serii Louder Than Hell wybrałem się z dwóch powodów. Po pierwsze, bardzo przypadł mi do gustu widoczny po lewej plakat prezentujący Wile’a E. Coyote w jednej z tych chwil, kiedy wydaje mu się, że jest królem życia, by po chwili zorientować się, w jak ogromnym znajduje się błędzie. Stare kreskówki niosły za sobą wiele mądrości. Po drugie, zaciekawił mnie zespół Steel Fire, mający wykonywać hard rock / glam metal. Mało kto gra dziś bardziej rozrywkową odsłonę rocka rodem z lat 80-tych, dlatego też uznałem, że warto to sprawdzić. I choć pierwsze doświadczenie z jakimś live nagraniem zamieszczonym na YouTube trochę mnie zawiodło, kojarząc się z bardziej przaśną wersją TSA, to z szacunku dla zespołu postanowiłem posłuchać ich na żywo.

Pierwsze wrażenie z InDecksu: całkiem przyzwoita frekwencja. Drugie wrażenie: duża część publiki to ludzie w wieku zdecydowanie młodym. Również na scenie młody zespół: Change Road. Było słychać, że młody. Nierówno zagrany i przez większość czasu prymitywny rock/metal z punkowym nastawieniem oraz wokalem („punkowy” to delikatne określenie na „brak obycia scenicznego/umiejętności”). Spokojnie, sam tam kiedyś byłem: napinanie wklęsłych klat ze sceny, dużo dobrych chęci, masa fajnej energii i dużo godzin w sali prób do przepracowania. Ja tam zostałem, bo nie chciało mi się pracować. Chłopakom z Change Road życzę więcej zapału, bo słychać potencjał i trochę fajnych riffów. Szczególnie podobały mi się bardziej rockowe fragmenty, trochę tam było słychać Budgie i tym podobnych tematów. Wokal, jak już wspomniałem, nieokrzesany i wykrzyczany i w sumie całkiem do posłuchania, dopóki nie próbował śpiewać wyżej. Za to przy podchodzeniu do tych nieudanych górek zabawnie stawał na palcach.

Wracając do publiczności. Już od pierwszych sekund wisiały w powietrzu same dziwne rzeczy. Najpierw dostrzegłem gibającego się pod sceną faceta w średnim wieku, który pięć godzin wcześniej zagadywał mnie w InDecksie, gdy wpadłem na popołudniowe piwko. Dość szybko postanowiłem wyjść na zewnątrz w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza. I naprawdę nie wiem co o tym sądzić. Tu historia bardziej Warsaw niż Rocking. Gdy tylko wyszedłem, do stojącej nieopodal grupki dzieciaków podszedł nie kto inny, jak sam Czarny Roman. Oczywiście już nie Czarny i w ogóle dosyć nieekskluzywny. Kiedyś gadał o arcykurwie mordercy 2,5 metra pod ziemią na cmentarzu w Wilanowie, a dziś (a właściwie wczoraj) stanął przed młodą, ładną dziewczyną, ubrany w coś pomiędzy kolorowymi śniegowcami a ogrodniczkami i zaczął opowiadać o swoim trzydziestodwucentymetrowym przyrodzeniu. Okej, też mi się to zdarza (choć staram się nie wyolbrzymiać tak bardzo), natomiast to nie ja byłem przez całe lata okrytą mrożącą krew w żyłach tajemnicą, niedostępną legendą stolicy. Jako kilkuletni dzieciak się go bałem, potem przez jakiś czas fascynowałem jego historią, by wreszcie mieć go serdecznie dosyć.

Wewnątrz, jako drugi na deskach InDecksu pojawił się powracający po dłuższej przerwie związanej ze zmianami personalnymi zespół Prowler. Zagrali sprawnie. Nowy wokalista trochę przesadza z manierą, ale pozytywnie zaskoczył mnie brak elementów klasycznie heavy metalowych. Więcej ciężaru, granie przyjemne, lecz niczym się nie wyróżniające.

Wieczór był to jednak taki, że na ogół więcej działo się poza sceną niż na scenie. Już wcześniej moją uwagę (w przeciwieństwie do uwagi obsługi InDecksu) zwróciła grupa młodych osobników przelewająca sobie wódę do kufli po piwie i ciągnąca szuwaks spod stołu. Dla mnie spoko, kto tak kiedyś nie robił? Muszę jednak przyznać, że straszni z nich byli amatorzy. My za nie tak znowu dawnych czasów kupowaliśmy po prostu Gorzką Żołądkową, która przelana w kufel do piwa wygląda po prostu jak piwo. Tylko bez piany. Spokojnie może jednak stać sobie na stoliku, nie wplątując nikogo w tarapaty. Ale jak widać niektórzy wolą chować się pod stołem. Tylko dobrze by było, gdyby pod tym stołem już zostali. Niestety, to co zaczęło się od przyśpiewek kibicowskich, skończyło się regularną napierdalanką w trakcie koncertu Prowler. I znowu, nikt nic nie widzi, nikt nie reaguje, a chłopaki przenoszą się ze swoją rozrywką na ulicę. To ja chyba wolę przesiadywać z hipsterami w Planie B, niż obcować z najebaną gównażeria w „klubie studenckim z tradycjami” (no dobra, sam też to i owo w InDecksie przeskrobałem, ale niewinnym krew z twarzy się nie lała).

Na szczęście występ Steel Fire wynagrodził przynajmniej odrobinę wcześniejsze wrażenia z imprezy. Gdyby teksty były pisane po angielsku, to po odpowiedniej dawce alkoholu można by było się poczuć niemalże jak na Sunset Strip. Wokalista Paweł Markowski zdecydował się jednak na śpiewanie w języku ojczystym, co degraduje nas w tym momencie gdzieś w okolice festiwalu Ryśka Riedla. Liczy się jednak również jak śpiewa i brzmi, a tutaj nie mam właściwie nic do zarzucenia. Paweł ma głos i umie go użyć, nie zapominając o jakże potrzebnej w tym wypadku charyzmie. Wizerunek zespołu rzecz jasna nieco przerysowany (prawo do zakładania ciemnych okularów na klubowy koncert rezerwuję dla największych), niemniej taki to gatunek. A dobrze zagrana muzyka usprawiedliwia tego typu klimat. Udanie brzmiały zarówno gorące rockery, jak i ballady, których nie powstydziłoby się Mötley Crüe.

Impreza na pewno zostawiłaby po sobie lepsze wrażenie, gdyby nie niesmak związany z trzodą chlewną, która postanowiła z jakiegoś sobie tylko znanego powodu przyjść na koncert.  Ale u nas to już chyba reguła. Zrobisz wstęp za 5 złotych, to połowa ludzi z jakiegoś powodu zrezygnuje z przyjścia i klub będzie świecił pustkami. Zrobisz wstęp wolny, to przyjdzie bydło i spieprzy atmosferę. Coraz gorzej w kraju, coraz gorzej w mieście. Ale lepiej nie będzie, przykład idzie najwyraźniej z góry, skoro krewki wyrostek po kolejnym etapie napierdalanki krzyczał: „ktoś coś jeszcze ma, lewaki?”. Naprawdę tylko czekać, aż coś tu poważnie pierdolnie i będzie za późno, aby się zatrzymać.

Reklamy
Otagowane , , , ,

Lord Stereo – Lord Stereo

Debiutancka EP-ka Lord Stereo ukazała się w czasach zamierzchłych, bo rok temu. I to z lekkim okładem. W ramach nadrabiania zaległości na blogu postanowiłem jednak napisać kilka słów na jej temat, bo to porcja fajnej muzyki. Od razu mówię – fajnej. Bez odkrywania nowych terenów, za to z dawką profesjonalnie kontrolowanego luzu i energii.

Profesjonalnie – bo to słychać. Jest energia, jest spontaniczność, ale od razu wiadomo, że nikt nie działał tam po omacku. Nikt też nie udaje, że w garażu zebrali się amatorzy. Jak przeczytałem na profilu grupy w serwisie bandcamp, skład Lord Stereo tworzą goście współtworzący wcześniej składy The Black Tapes, Vavamuffin, Pablopavo i Ludziki, the Monsters, Poker Face or Capital czy Oregano Chino. Mnie najfajniej z tego zestawu kojarzy się ten ostatni band. A to dlatego, że gdy prawie sześć lat temu zakładałem kapelę z Michałem Rogalskim, trafiliśmy na ich profil myspace i strasznie zajaraliśmy się tym stonerowym klimatem. Nie wiem jak Michał, ale ja do dzisiaj czasem klikam i podsłuchuję sobie tych kilku numerów. No ale ja nie o tym.

W Lord Stereo tego wszechobecnego stonera za wiele nie ma. I to chyba dobrze, bo z jednej strony od paru lat słyszę, że moda na stoner to się dopiero w Polsce zaczyna, a z drugiej odnoszę wrażenie, że co druga hard rockowa kapela próbuję się pod ów nurt w mniejszym lub większym stopniu podpinać, podszywać i szukać zrozumienia. Już pierwszy (nie licząc intra) numer pokazuje na szczęście, że będziemy mieli tutaj do czynienia po prostu z przebojowym, rockowym łojeniem, któremu charakteru dodaje retro sznyt (ale bez przesady, więcej tu Monster Magnet niż Led Zeppelin) i purplowe hammondy.

Na EP-ce znalazło się siedem numerów, bardzo fajnie rozłożonych. Niby jedna kanapka, ale im dalej się wgryziemy, tym robi się ciekawiej i poczuć możemy nowe smaki i smaczki. Znakomicie działa przedostatni w zestawie Psionic Traveller, gdzie klawisz w bardzo cwany sposób zgrywa się z gitarą, a i wokal nie pozwala sobie w tym samym czasie przeszkadzać, co nadaje całości czołgowatego, potężnego wymiaru. A po tej robiącej wrażenie, dwuminutowej pierwszej części nadchodzi bardziej przestrzenne, oddychające przełamanie i urokliwy, wyciszony fragment, rozpoczynający się od klasycznego motywu organowego.

Numery Lord Stereo są krótkie, może dlatego właśnie muzykom udało się osiągnąć rzadko spotykany efekt, w którym wydaje się, że żaden fragment nie jest zbędny. Materiał w tej kombinacji nie ma też prawa nużyć, nawet za którymś z kolei przesłuchaniem. Polecam do samochodu i na imprezę.

Otagowane , ,

Wideo: Radio Error – Sleepwalker (na żywo w studiu)

Zapraszam do sprawdzenia świeżego nagrania Radio Error z nowym wokalistą, Patrykiem Trzaską.

 

A już w najbliższy czwartek (18 października) zespół w odświeżonym składzie zobaczyć będziecie mogli w klubie Jerozolima, do czego gorąco zachęcam! Poniżej zajawka sztuki:

FB: https://www.facebook.com/events/470022473041894/

Otagowane , ,

Wywiad: Outsane

Już w najbliższą sobotę (6 października) zespół Outsane zagra wraz z ekipami Testor, Spontane i Another Source of Light koncert w klubie K8. Tymczasem w ubiegły poniedziałek miałem przyjemność gościć na próbie zespołu, po której mieliśmy okazję porozmawiać w luźnej atmosferze między innymi o ostatnim wydawnictwie grupy, In The Name of What?, koncertowych przygodach czy stosunku do tradycyjnego rynku fonograficznego, a także o najbliższym koncercie i planach na przyszłość (co zaowocowało bardzo życiowymi przemyśleniami!). Zapraszam gorąco do lektury.

RW: Na swoim facebookowym profilu piszecie, że nikogo nie obchodzą fakty dotyczące historii waszego zespołu. Ta jest już jednak całkiem długa i wydaje mi się, że ten temat to równie banalny co właściwy wstęp do wywiadu. Co się wydarzyło w 2004 roku i przede wszystkim – co bardzo mnie ciekawi – jak to jest, że undergroundowa ekipa trzyma się razem już 8 lat?

Elvis: To dobre pytanie, to było tak, że ja doszedłem do chłopaków chwilkę po tym jak zaczęli wszystkie cuda.

Art: To się zaczęło tak, że ja z Maxem jakoś tam zaczynaliśmy… To nie był zespół, po prostu sobie pogrywaliśmy próby w jakimś MOK-u i po drodze Szymon się jeszcze przypałętał. Tak naprawdę dopiero od spotkania z Elvisem powstał ten zespół, w tym składzie, pod tą nazwą, co też zaznaczamy, jest dużym sukcesem, że jest niezmienna od ośmiu lat i nawet już nam się nie chce myśleć o jej zmianie

No właśnie chciałem spytać o nazwę. Moje pierwsze skojarzenie wiąże się oczywiście z angielskim słowem „insane” i jakąś uzewnętrznioną wersją szaleństwa, które być może wyrzucacie z siebie grając ostrą muzykę, dobry trop?

Max: Jak jest nowe słowo, jak to się nazywa?

Art: Słowotwórstwo.

Max: A jak nie ma takiego słowa, to co to jest?

Art: Niesłowo (śmiech)

Max: Nie… Nie ma takiego słowa. Nie, chyba nie ma co jakiejś ideologii do tego przypisywać.

Elvis: Tak naprawdę chodzi o to, że to ma być przewrotne, że jest słowo „insane”, które się wszystkim kojarzy z pojebem i z jakimś nienormalnym i tak dalej. W sumie moglibyśmy się tak nazwać, ze względu na znaczenie słowa, ale już jest taki zespół, więc nazwaliśmy się przewrotnie Outsane. Zresztą zespołów Outsane też są jeszcze dwa. Jeden jakiś folkowy, a drugi jakiś australijski rockowy.

Max: Ale można mówić jako skrót od „outstanding” + „insane”.

Elvis: (śmiech) Dobre, dobre, o tym nie pomyślałem.

Max: To jest w NBA, jak jest super jakiś wsad to jest właśnie „outsane”, czyli „outstanding” + „insane”.

RW: Jakiś czas temu wypuściliście nowy materiał, „In the Name of What?”. O co konkretnie pyta zespół Outsane?

Art: To od numeru.

RW: Tyle?

Elvis: Nawiązuje to do utworu, który jest o tym samym tytule i jest wyrazem wkurwienia na fakt bycia oszukiwanym, bycia manipulowanym przez kogoś. To nie jest tak naprawdę utwór kierowany do kogoś konkretnego. Bardziej opisana jest tam kategoria emocjonalna, którą można nazwać wkurwieniem i jest pytanie „w imię czego mi to robisz, że mnie denerwujesz?”. I stąd tytuł EP-ki.

Szy: Ale to nie jest takie anarchistyczne?

Elvis: Kto tu kurwa zadaje pytania? (ogólny śmiech).

RW: Widziałem pozytywne recenzje, a co Wy, z perspektywy czasu, sądzicie o swoim wydawnictwie. Materiał reprezentuje w pełni to czym jest Outsane, czy może – tak jak mówi wielu artystów – pozmienialibyście masę rzeczy już na etapie postprodukcji?

Elvis: Trochę jest tak, że jak nagrywamy jakiś materiał to już 9 minut po nagraniu i wydrukowaniu pierwszej okładki jesteśmy skłonni coś tam namieszać, coś pozmieniać. Głównie ja jestem taką osobą, która często stara się nawet na koncertach zmieniać jakieś tam partie wokalu za co zespół często mnie ruga i karci, że nie zaśpiewałem na nagraniu. Może trochę głupio o tym mówić w wywiadzie, ale jest tak, że jednak studio jakie by nie było – czy są to warunki bardziej home recordingowe czy bardziej profesjonalne – to jednak daje wiele możliwości do tego żeby sobie pokombinować ze ścieżkami. Później się okazuję, że „O kurde, przecież ja nie mogę śpiewać cały czas, nie mogę cały czas drzeć mordy!” Gdzieś tam trzeba coś wyciąć, coś podśpiewać…

Art: Wiesz, jak nagrywamy materiał, to zawsze spotykamy się z problemem, że coś już jest nagrane, jest jakaś tam struktura i potem niby utwór jest gotowy, ale ktoś wymyśla, że może by coś zmienić, tak naprawdę długo nam się schodzi na procesie produkcyjnym, ponieważ wpadamy często w pętlę i cały czas byśmy coś chcieli zmieniać, a trzeba powiedzieć stop i w końcu to wypuścić. Od strony muzyczno-instrumentalno-technicznej osobiście jestem zadowolony nawet. Wiadomo, że, jak mówi Elvis, 9 minut po zakończeniu zaczynasz słyszeć drobne błędy, jakieś pierdoły wychodzą i im więcej tego słuchasz tym bardziej to słyszysz, ale ja nawet lubię słuchać tej płytki i jestem z niej zadowolony.

RW: Praca w studiu poszła gładko czy były jakieś tam problemy, niesnaski?

Art: Mamy własne studio, można więc powiedzieć, że bez stresu nagrywamy, aczkolwiek to ma swoje plusy i minusy. Jak się wchodzi do studia i jest opłacona konkretna ilość godzin, więc jest większa mobilizacja, a tutaj to przychodzi się, Elvis przynosi wódę (wybuch śmiechu) i nagrywamy pół numeru.

Max: Wygląda to tak, przez to że mamy możliwość nagrywania u siebie. Plan jest taki żeby nagrać trzy numery. Nagrywamy trzy, później ktoś wymyśla jakiś fajny numer i „O! Trzeba to nagrać!”, więc nagrywamy cztery, jak już cztery to pięć i zamiast trzech numerów szybko w miesiąc robi się z tego pół roku.

Art: Zawsze mamy założenie, żeby nagrać jeden, a konkretnie, a potem nagrywamy pięć i się z tym męczymy.

Max: Trochę za długo to trwało, następnym razem nagramy pewnie jeden numer.

Kazik nauczył mnie jednym, że artysty nie należy pytać jak powstają jego teksty…

Elvis: To nie pytaj! (śmiech)

…bardziej chciałem jednak zapytać o muzykę. Zawsze jestem jednak ciekaw jak w przypadku danej kapeli wygląda proces twórczy. Kolektywnie jammujecie na próbach, czy może jedna osoba tworzy w zaciszu domowym szkielet utworu, a reszta po prostu dodaje coś od siebie? A może w ogóle jest wśród was muzyczny dyktator, który mówi reszcie co i kiedy zagrać?

Art: Tak naprawdę byłeś dzisiaj świadkiem. Ten ostatni numer co graliśmy został wymyślony w zeszłym tygodniu. To jest tak, że ktoś zagra jakiś riff, próbujemy sobie coś do tego dogrywać i potem schodzi nam się pół godziny na wyzywaniu się i kłóceniu co trzeba usunąć, co dodać, gdzieś tam taki twórczy proces następuje.

RW: Czyli kolektywnie raczej.

Art: Raczej tak. Powiedzmy te osiem lat temu produkowaliśmy numery bardzo szybko, można powiedzieć, że jeden za drugim, a dzisiaj… jak się posłucha tych numerów sprzed ośmiu lat to… No już ugryzł je ząb czasu (śmiech) i słychać dużą różnicę w stosunku zarówno od aranżu jak i umiejętności technicznych. Dzisiaj schodzi nam się dłużej, ale za to numery są dużo lepsze.

RW: A takie kłótnie z trzaskaniem drzwiami, wychodzeniem, obrażaniem się?

Artur: Nie no, co ty, to już nie te lata.

RW: Muzykujecie gdzieś poza Outsane? Poboczne projekty, odskocznie? Czy może spełniacie się dostatecznie w jednej formacji?

Xaper: Są jakieś przygody czasowe, ale głównie jesteśmy nastawieni na Outsane. Każdy gdzieś był czy jest, może będzie…

Art: Każdy gdzieś tam BYŁ, coś próbował, ale teraz się raczej skupiamy na jednym zespole.

RW: Sami wskazujecie na to, że gracie muzykę będącą wypadkową różnych gatunków. Jest trochę ciężko, trochę ostro jak słyszałem na próbie, ale nie brakuje melodii czy czystych, śpiewnych wokali. Czy macie jakąś wizję na przyszłość? Planujecie pozostać wiernymi tej stylistyce, czy może wykonać muzyczną woltę i pójść w kierunku muzyki bardziej ekstremalnej, hardcore’owej, tudzież załagodzić brzmienie i uderzyć do stacji radiowych oraz programów śniadaniowych?

Art: Kilka razy wmawialiśmy sobie, że chcemy grać tak a nie inaczej i to się kończyło zazwyczaj źle, dlatego sobie odpuściliśmy. Mi jest ogólnie zajebiście trudno określić jaka to jest muzyka. Ktoś się pyta, co gram, to jak odpowiem metal, to tak naprawdę nie będzie pasowało i ten hardcore też nie będzie pasował. Trudno określić jaka to muzyka, na pewno jakaś tam pochodna rocka i metalu.

Max: Generalnie od czasu do czasu coś planujemy, ale i tak wychodzi jak wychodzi.

RW: Przejdźmy do tematu, który – zaryzykuję strzał – kręci was najbardziej, czyli do grania na żywo. Zagraliście podejrzewam masę koncertów, jesteście w stanie oszacować ile już tego było?

Max: Trzydzieści parę.

Elvis: Ponad pięćdziesiąt.

Art: Ja myślę, że koło czterdziestu. Jak spisywaliśmy na stronie, w chuj czasu temu, to było trzydzieści pięć.

Elvis: No to mówię wam, liczyłem ostatnio, ponad pięćdziesiąt zagraliśmy.

Art: Były takie, które chce się zapomnieć i takie, które chce się pamiętać, dlatego trudno oszacować.

6 października w K8 zagracie m.in. z zespołem Spontane i nie będzie to wasza pierwsza sztuka z nimi. Czy jesteście częścią jakiejś takiej ekipy zespołów, mini sceny? Macie swoje zaprzyjaźnione grupy, z którymi najbardziej lubicie występować czy balować po koncertach?

Elvis: Jakiś czas temu na Grochowie była taka inicjatywa, jak Praska Fala Dźwięku, w której miałem przyjemność być organizatorem. Był to bardzo fajny, spontaniczny projekt kilkunastu jeśli nie kilkudziesięciu undergroundowych kapelek. Początkowo, było inspirowane pomysłami wewnątrz domu kultury w którym to się odbywało. Od kilku lat idea ucichła, osoby które w tym działały przestały mieć czas i tak się to rozlazło. Zostało jednak coś fajnego- bardzo pozytywne, kumpelskie relacje pomiędzy kapelami, które teraz starają się od czasu do czasu grać ze sobą koncerty. Jedną z tych kapel jest właśnie Spontane, z którymi zagraliśmy już naprawdę sporo sztuk. To są też nasi bardzo dobrzy koledzy, z którymi też…

Max: …imprezujemy…

Elvis: To nawet nie jest do końca tak, że nasza muzyka gatunkowo pasuje idealnie do ich muzyki czy odwrotnie, ale wydaje mi się, że mamy podobny poziom energii na scenie, podobne, bezkompromisowe podejście, do grania muzy, niezależnie czy jest bardzo agresywna, czy bardziej nazwijmy to crossoverowa i punk rockowa jak teraz stylistyka Spontane. Generalnie to fajna ekipa, bardzo lubimy z nimi dzielić scenę. To jest właśnie pozostałość po Praskiej Fali Dźwięku. Ta scena w jakiś sposób nadal funkcjonuje, z tym, że teraz już na bardzo różnych poziomach. Są kapele, już trochę bardziej znane jak Leash Eye, Carnal, Chain Reaction, Skowyt, czy Venflon. To jest jakby- mówiąc już tak zupełni patetycznie – spuścizną po tej inicjatywie, którą kontynuują same zespoły, na własny rachunek.

RW: Zagraliście ponad pięćdziesiąt koncertów, festiwale. Możecie twierdzić, że nikogo nie interesuje historia waszej grupy, ale na pewno wszyscy chcą przeczytać zabawne anegdoty związane z byciem w kapeli. Aby ułatwić, daję wam zestaw tematów do wyboru: wybryki alkoholowe, zwariowane fanki, wpadki i problemy techniczne. Może być wszystko w jednym.

Art: Problemy techniczne! Ostatni festiwal, Summer Rock w Sławie. Pojechaliśmy na dwa auta, elegancko. Szymon swoim nowym samochodem, Toyotą Celicą, sportowe auto, wykurwiste, czerwone, prosto od mechanika. Na miejscu pole namiotowe, którego nie dało się wcześniej zarezerwować, więc jak już przyjechaliśmy to spaliśmy w autach piętnaście minut ponieważ drzewa się zaczęły przewracać na nas i to nie było już zbyt bezpieczne. Resztę nocy spędziliśmy pod daszkiem przy kiblu pijąc wódę…

RW: I tu się zaczynają wybryki alkoholowe! .

Art: Wywlekliśmy się rano z samochodów i prawie już mieliśmy zrezygnować z grania wieczorem, a do tego Szymon wyjechał po Elvisa jakieś dwieście metrów na pociąg i ujebał sobie koło. Potem siedemnaście tysięcy godzin spędziliśmy przy tym samochodzie, zamiast wychodzić powoli z kaca i lenić się nad jeziorem. Szymon prawie zszedł na różne dolegliwości, ale bardzo miły pan pomógł nam zająć się samochodem.

Elvis: To ja jeszcze powiem zabawną anegdotę. Z tego, co opowiedział mi mój serdeczny mój przyjaciel Janek, na jednym z koncertów w Indeksie jakaś fanka pokazała nam cycki, ale ja tego nie widziałem, bo zawsze śpiewam z zamkniętymi oczami…

Art: Ja też tego nie widziałem, W zasadzie żaden z nas tego nie widział.

Elvis: Może w takim razie on mnie oszukuje…

RW: No tak, w Indeksie, ciemno, ciasno…

Artur: Jeszcze co do wybryków koncertowo-alkoholowych to też anegdota odnośnie Spontane. Graliśmy nasze pierwsze urodziny, w Progresji jeszcze tej starej, z zespołem Ametria, wówczas byli na topie.

Elvis: na liście programu pierwszego…

RW: „Bailando”

Art: Nasz kolega z zespołu Spontane, po spożyciu większej dawki napojów wyskokowych, postanowił…

Max: …wyskoczyć ze sceny…

Art:… zrobić tak zwany stage diving. Ale że jego tusza była dosyć odstraszająca…

Max: …skoczył w miejsce, gdzie stały tylko dwie dziewczyny…

Art: …które się w dodatku rozstąpiły i na tym koncercie stracił chyba śledzionę i obudził się w szpitalu. Takich rzeczy jest mnóstwo, tak jak to z każdej imprezy można opowiadać.

RW: W tym roku zdobyliście trzecią nagrodę na Summer Rock Festiwal w Sławie. Jakie macie podejście do muzycznych konkursów, czy takie sukcesy są dla was dodatkową motywacją do działania?

Art: Nie no zajebiście, wygraliśmy dużo floty… (śmiech)

Max: Dla nas było to i tak niezłe zaskoczenie, bo dostaliśmy trzecią nagrodę, mimo że były one przyznawane przez burmistrza, wojewodę, księdza i tak dalej…

Elvis: …strażaków, kółka różańcowe…

Max: …oraz dziennikarzy z lokalnych rozgłośni radiowych. I to jest fajne, że poważni ludzie doceniają taką hardcorową muzykę, bo tam akurat był repertuar blues rockowy, nasza muzyka bardzo odstawała, więc było to miłe zaskoczenie, że chociaż to trzecie miejsce dostaliśmy symbolicznie jako wyróżnienie.

 Art: I domek do spania, ale to dopiero jak zeszliśmy ze sceny, bo wcześniej nie mieliśmy gdzie spać.

 Elvis: A to nie płaciliśmy za niego w końcu?

 Max: Ja płaciłem! Wisisz mi stówę.

RW: Wszystkie wydawnictwa realizujecie własnym sumptem. Na facebooku wspieracie też wymierzoną w wydawców akcję zespołu Skowyt. Jaki jest wasz stosunek do tradycyjnego rynku fonograficznego, czy w ogóle próbowaliście kiedykolwiek wysyłać demówki i walczyć o jakiś kontrakt?

Max: Z tego, co pamiętam nigdy nie staraliśmy o nic takiego, może teraz Ania wysłała jakieś płyty, ale chyba też nie. Wydaje nam się, że taka „prawdziwa wytwórnia” już nie istnieje, nikt nie promuje muzyki w sposób, w jaki zespoły by chciały. To jest tak, że tylko jak zespół jest znany, wtedy ktoś może będzie chciał na tym zarobić. więc chyba najlepszą metodą jest zainwestowanie swojej kasy i promowanie tego przez siebie. jest troszeczkę za mało miejsca na tym torcie żeby promować taką muzykę i jeszcze żeby ktoś na niej zarabiał. To jest muzyka undergroundowa i fajnie wydać płytę w fajny sposób, ale to można zrobić zlecając to komuś innemu, niekoniecznie wytwórni.

Elvis: Poniekąd podzielam zdanie Łukasza, wokalisty Skowytu, też zresztą mojego kolegi, że rynek polskiej muzyki niezależnej czy mówiąc totalnie łopatologicznie, ciężkiej, jakiejś tam agresywnej, alternatywnej ale gitarowej i mocnej jest w pewnym sensie nieporozumieniem i sądzę, że jedną z głównych przyczyn tego jest fakt, że cały czas brakuje mediów, które tę muzykę chcą entuzjastycznie wspierać. Wydaje mi się, że nie jest takim medium na pewno Eska Rock, Radio Roxy, ani Antyradio. Muzyka tam kończy się na Budce Suflera albo Ryszardzie Rynkowskim i myślę, że polskie kapele pokroju Outsane są odrobinę osierocone pod tym względem. To właśnie z takiego procesu bierze się zachowanie słuchaczy. Wydaje mi się, że przynajmniej w Warszawie tak jest. Ludzie jarający się muzyką podobną do naszej, wybiorą prędzej koncert Soulfly w Progresji czy innej znanej kapeli, a nie koncert zespołu, o którym mało słyszeli ale wiedzą mniej więcej jak może grać. Nie mają do końca zaufania do takich imprez. Jeśli nie widzą tego w mediach, nie chcą słuchać, nie chcą kupować. Media promują muzykę taką jaką promują, a jeżeli już zaistnieje muzyka która jest zbliżona do naszej, to są to albo starzy wyjadacze, albo naprawdę popularne kapele w stylu Korn, czy Machine Head. Wydaje mi się, że w naszej pięknej acz młodej demokracji nie powstał zarodek myślenia o tym, że kapele niezależne grające mocną, alternatywną muzykę też mają rację bytu, coś do powiedzenia i mogą być traktowane lepiej niż granie za browar.

 RW: Wspomniałeś wcześniej o zespole Chain Reaction i mam pytanie odnośnie wydawania płyt. Jeden z członków wspomnianej grupy wyszedł z inicjatywą portalu Music Rage, Chciałem zapytać jaki jest wasz stosunek do modeli dystrybucji „zapłać ile chcesz” i ogólnie możliwości dystrybuowania swojej muzyki w taki sposób, czy to będzie Music Rage, czy zagraniczne Jamendo…

Elvis: Chyba kiedyś funkcjonowała w trochę innej formie, był jakiś taki portal… Megatotal.

RW: To trochę co innego z technicznego punktu widzenia, ale rzeczywiście było.

Elvis: Jak dla mnie zajebista inicjatywa, to jakby antyteza… Muzyka nie jest wydana w tradycyjnym, oficjalnym obiegu, bo można tam wrzucić kawałki sygnowane jakimś no-labelem. To jest też fajne, bo stawia przede wszystkim na Internet, który jest jakby ratunkiem przed tym, żeby ludzie w ogóle przestali słuchać muzyki, bo jest dla nich za droga. Ja bardzo mocno wspieram tę inicjatywę. W ogóle, dlaczego nas tam nie ma?

Max: Jesteśmy prawie wszędzie, tam też pewnie będziemy!

RW: Plany na przyszłość.

Elvis: Na przyszłość to nauka raczej…

RW: Niedługo dziesięciolecie.

Elvis: O kurwa! Tragedia. Mamy swoiste kryterium mówiące o tym, że w zespole dzieje się fajnie, czyli ile osób przychodzi na koncerty. Wiadomo, że to wiąże się też z tym co to za koncert, czy to jest support, czy koncert w ramach jakiejś większej imprezy niezależnie i zewnętrznie promowanej, czy to jest koncert który gdzieś tam własnym sumptem i własnymi siłami staramy się zorganizować i promować, ale jakby liczba osób przychodzących na koncert, a co więcej, liczba osób, które po koncercie podejdą, przybiją piątkę i powiedzą „zajebiście było”, albo wejdą na profil, ściągną muzykę, zapytają o płytkę. Im więcej jest takich osób, takich sytuacji tym jest lepiej i dążymy do tego, żeby było tego jak najwięcej. Nie do tego, żebyśmy wygrali Must Be The Music czy inne tego typu rzeczy, ale właśnie zaczynając od bliskiego otoczenia i sytuacji, z którymi i tak mamy regularnie kontakt, czyli od koncertów.

Art: Wszyscy w zespole odczuwamy coś takiego, że jeszcze nie osiągnęliśmy tego co byśmy chcieli, czymkolwiek to jest. Nie mogę określić, że będzie to załóżmy nagranie piętnastu płyt i posiadanie iluś tam fanów, tylko jakiś nieokreślony cel, do którego wszyscy dążymy i wszyscy wiemy, że to jeszcze nie jest to. Dlatego mamy paliwo, żeby to dalej po to jechać.

Max: Mamy też coś takiego jak drugą, trzecią, czwartą, kolejną młodość. Kończymy studia, znajdujemy robotę, mamy ważne cele zawodowe czy, naukowe i wtedy zespół odchodzi trochę na bok. Teraz się realizuję, teraz najważniejsza jest praca. Pracujesz później te kilka lat i w końcu zdajesz sobie sprawę, że nie, jednak ten zespół, który odsunąłem jest dla mnie ważniejszy niż zrobienie jakiegoś kontraktu czy awans. To jest coś, do czego wracasz i daje Ci kolejnego kopa, żeby mając drobne sukcesy gdzieś indziej wrócić tutaj, żeby połoić.

Elvis: Z jednej strony jest granie, tak jak Max powiedział, bardzo, bardzo ważne, ale niestety jest tak, nie wiem czy tylko w naszym kraju, czy ja tak narzekam na te nasze realia… Ale jest tak, że będąc niezależnym i mało znanym zespołem nie można zarabiać w ten sposób pieniędzy. W naszym kraju – nie wiem jak jest w innych- za koncerty płaci się zazwyczaj tylko browarami. Nie można przecież browarami płacić rachunków, chociaż może byłoby fajnie, gdyby RWE przyjmowało płatność za fakturę w BROWARACH, a tego byśmy pewnie mieli bardzo dużo po koncertach. Browarów i bułek, bo czasami też można bułkę dostać po koncercie.

Art: W InDecksie są darmowe kupony na kanapki.

RW: Możesz komuś sprzedać za dwa złote, po tyle chodzą…

Art: Albo tymi kuponami płacić w RWE.

Elvis: To taka może inicjatywa ustawodawcza, możliwość płatności w browarach, byłaby silnie wsparta przez niezależne zespoły.

Max: Pojawili by się spekulanci od razu, gra na giełdzie na browary. To byłoby ciekawe.

Elvis: Ile płacę? 154 browary.

Max: Ale zagraniczne czy krajowe?

Art: Czeskie.

RW: Bez wątpienia macie bardzo szerokie inspiracje i tak chciałem zapytać, jakie albumy zrobiły na was ostatnio duże wrażenie? Oczywiście nie muszą być warszawskie!

Art: Bardzo dobrą płytę wydał teraz Flapjack. Po piętnastu miliardach lat uśpienia, wydali płytkę Keep Your Head Down. Słuchałem dopiero trzy razy, ale brzmi zawodowo. Czekam na nową płytę Acid Drinkers, która chyba w przyszłym tygodniu wychodzi. Jestem ich fanem odkąd skończyłem trzy miesiące. Totalnie polecam też kapelę, którą odkryłem przypadkiem…

Elvis: …Metallica…

Art: …oglądając jakiegoś perkusistę na Youtube…

Max: …Larsa Ulricha?

Art: Nazywają się Threat Signal. Wydali tylko jedną płytę, więc łatwo można znaleźć. Myślałem, że nikt o nich nie słyszał, ale sprzedałem to Xaperowi i okazało się, że on to zna. Polecam wszystkim gitarzystom, perkusistom, wokalistom, wszystko jest zajebiste. Max słucha Happysad.

Max: Ale nie wiem czy mają jakąś nową płytę…

Elvis: Happysad skończyli się na „miłość to nie pluszowy miś”. Ja chciałem powiedzieć o dwóch brytyjskich kapelach, które ostatnio rozjebały mnie totalnie na łopatki. Enter Shikari- grają muzykę tak świeżą, nigdy jeszcze czegoś takiego nie słyszałem. Byłem na koncercie, rewelacja. Jest to mocne, ciężkie i hardcorowe z połączeniem elektroniki, jakiś dubstepowych, klimatów. Goście są totalnie pierdolnięci i widać to po nich na koncertach.

Drugą kapelą jest Skindred, na którego koncercie również miałem przyjemność być, na zeszłorocznym Woodstocku. Fenomenalnie wybuchowa mieszanka reggae, którego solo nie trawię, z nowoczesnym metalem. Kapitalny Webbe, wokalista, jeden z lepszych frontmanów jakich widziałem, coś nieprawdopodobnego co on robi z publicznością. Byłem świadkiem tego, że Skindred był w Polsce na chyba największym koncercie w swojej historii czyli na Woodstocku i byli też w Stodole na chyba najmniejszym koncercie w swojej historii, ponieważ przyszło tam z dwieście pięćdziesiąt osób. Jakiś skandal. Oni tam sami ze sceny zapytali, czy w Warszawie się chodzi na koncerty, bo nikogo nie ma! Pomimo to też dali kapitalne show.

RW: Dzięki za ugoszczenie na próbie i rozmowę! Na koniec chciałbym, żebyście zaprosili ludzi na swój koncert 6 października i powiedzieli czego czytelnicy mogą się po tymże wieczorze w klubie K8 spodziewać?

Art: Tortu i świeczek.

Elvis: To są też przy okazji urodziny naszej menedżerki, o której nie padło żadne słowo tutaj, a musi paść, ponieważ jest naszą jakby mamą. Był taki moment, kiedy Ania zaczęła się nami opiekować, to trochę brzmi jakbyśmy byli pacjentami hospicjum, ale dzięki temu jaka jest, ten zespół robi cokolwiek innego niż kłócenie się i chodzenie na próby, Anno dziękujemy!

Czego będzie można się spodziewać? Jak zwykle tego, że scena będzie po prostu jakimś epicentrum energii i wszystkiego co dobre i ciężkie i w muzyce najlepsze, ponieważ grają cztery fajne składy i cieszymy się, że właśnie z nimi będziemy dzielić scenę. Każdy z zespołów gra trochę co innego, ale myślę, że razem da to niesamowity pocisk dla ludzi lubiących energię i dynamikę na scenie, myślę, że ich właśnie zapraszamy. A tych którzy mają siedzieć sączyć browar i gadać o dupie maryni, nie zapraszamy. I mówimy, żeby spierdalali!

Otagowane ,

Recenzja: Augen X – EP

Na tej płycie wszystko jest źle. Perkusja ledwo puka skryta gdzieś w tle, gitara siepie tony piachu na chłodzoną bladym blaskiem księżyca blachę, wokal jest przymulony i rozmyty w pogłosie, gdzieś tam podgrywa smutny klawisz… Ale tak ma być, i dawno żadna EP-ka/demówka nie dała mi tyle ponurej radości ze słuchania! Teraz pytanie, czy to naprawdę niezła muzyka, czy ze mną coś nie tak?

Debiut Augen X zawiera cztery numery, stanowiące mieszankę gotyckiego klimatu, cold-wave’owego nastawienia i danzigowych wokali, przyprawioną szczyptą rock n’ rolla. Chłodnymi falami zawiewa zwłaszcza otwierający płytę Vampyr, z obojętną perkusją i niezdradzającym zbyt wielu emocji, za to talent do melodii śpiewem. Z kolei w bardziej żywym (jak na zombiaka) Cut Cut Yeah Yeah usłyszeć możemy wybijający się na przód syntezator, którego partia niezmiernie przypomina mi utwór The Difference Between Us grupy The Dead Weather, co jest oczywiście skojarzeniem jak najprzyjemniejszym. Poza tym wokalista Karl pokazuje tu nieco bardziej agresywne oblicze swoich strun głosowych. Dwa kolejne numery to już danzigowa jazda na całego, z gęstymi gitarami, dodatkowo przyjemnie przeplecionymi klawiszem w Poison.

No i tak, chłopcy nagrali naprawdę fajny pierwszy materiał. Niewykluczone, że zrobili to w lesie i przy pomocy trumny, a jednak słucha się z tego niezwykle przyjemnie. Oczywiście, pierwsza rzecz, to że sterylne brzmienie niekoniecznie pasowałoby do tej muzyki. Druga – zespół ma na siebie pomysł i jest to pomysł dosyć na naszej małej scenie niespotykany, bo kto teraz tak gra? Nie znajdziemy tu jakiś oryginalnych zagrywek czy nowatorstwa, ani nawet solowych popisów – grupa tworzy swój muzyczny wizerunek konsekwentnie, kolektywnie i bez kompromisów. I chwała im za to. I tylko czekać na więcej. Podobno grają koncert w helloween – nie odpuszczę.

Do odsłuchania/pobrania/kupienia TUTAJ

Otagowane , , , , ,

Wideo: The Stubs – Rudy’s Blue Boogie

Wyszło dzisiaj (to wideo) i jest chyba całkiem głębokie. Albo i nie. Niemniej, rock n’ roll!

Otagowane , ,

Audio: The Beep – Away

the beep to nowy, z założenia wyłącznie akustyczny projekt, w którego skład wchodzą byli członkowie grupy The Rooads: instrumentalista Tomek Domoradzki oraz wokalista Piotrek Niesłuchowski (znany również z programu telewizyjnego Voice of Poland), a także Damian Pietrasik. Ci młodzi dżentelmeni pracują obecnie w warszawskim Quality Studio nad swoją debiutancką EP-ką, a już teraz możecie posłuchać pierwszego pochodzącego z niej numeru.

 

Otagowane , , , , , ,

Audio: Radio Error – EP1

Radio Error to jeden z najciekawiej działających warszawskich zespołów. Występują jako live band na koncertach Pezeta, grali na żywo w TVP Kultura w przedstawieniu „III Furie” w reżyserii Marcina Libera, a przede wszystkim tworzą swoją, oryginalną, mocną muzykę. Jest brud, punk rock, Komeda, syntezatory i charakterystyczne, mocne teksty.

Już teraz za pośrednictwem serwisu Soundcloud możecie posłuchać lub pobrać na dysk całą debiutancką EP-kę zespołu, do czego gorąco zachęcam, zwłaszcza sympatyków grania cięższego i przy tym nieszablonowego. Poniżej utwór Wróg, całość TUTAJ

Oraz mały bonus do posłuchania i nie tylko. Radio Error bierze udział w konkursie na remix Bjork. Ich wersję utworu Mutual Core sprawdzić możecie tutaj, a darmowa rejestracja w portalu otwiera również opcję oddania głosu na wybrany remix (albo będzie otwierała, bo konkurs rusza chyba dopiero dziś i póki co nie mogę doszukać się opcji „vote”).

Otagowane , , , ,

Polecane: MusicRage.org

O platformie Music Rage wspominałem już kilka tygodni temu na facebooku. Dlaczego o tym piszę? Bo a) to innowacja rodem z naszego syreniego grodu b) interesuję się nowymi możliwościami rozwoju rynku fonograficznego w erze Internetu, zwłaszcza w kontekście mniej znanych artystów c) Music Rage już zdążył zaoferować kilka warszawskich pozycji i kto wie, może to Twoja płyta będzie do kupienia następnym razem.

Dociekliwym polecam wywiad z twórcami, a sam tylko w skrócie przypomnę o czym mowa. Music Rage to innowacyjna (pierwsza taka w Europie) forma dystrybucji niezależnej muzyki online. Sprzedaż opiera się na pogrupowanych gatunkowo (np. metal, rock, indie) „paczkach” (bundle). W każdej takiej paczce znajdują się zazwyczaj cztery albumy podstawowe do kupienia w cenie ustalanej przez kupującego (z przyczyn technicznych minimum 1$), a także jeden lub dwa bonusy (zwykle EPki lub demówki), które użytkownik zdobyć może w przypadku, gdy zdecyduje się zapłacić więcej niż wynosi dotychczasowo średnia zapłata za daną paczkę. Uf. A teraz największe zalety Music Rage:

1. Płacisz ile chcesz, to raz. Ale oprócz tego sam wybierasz, ile z Twoich pieniędzy trafić ma na konto artystów, a ile chcesz zapłacić pośrednikowi, czyli Music Rage (żadnych wytwórni, dostawców, marży).

2. Prosty system płatności. Początkowo w serwisie można było płacić przy pomocy PayPal lub karty kredytowej, obecnie dostępna jest już również płatność DotPay, co oznacza możliwość przeprowadzenia błyskawicznej transakcji bez jakiś dodatkowych wysiłków. Wystarczy mieć choćby konto bankowe online i cały proces zakupu paczki przebiega w maksymalnie kilka minut.

3. Prosta, przejrzysta strona. Interfejs Music Rage jest taki jak lubię. Żadnych zbędnych głupot, reklam, migotania i innego rodzaju przeszkadajek. Kilka słów o platformie, FAQ, dane kontaktowe, formularz zapisu na newsletter, a poza tym tylko i wyłącznie muzyka. Da się? Da się.

4. Jakość. Każdy album dostajemy w bezstratnym formacie FLAC, co znacznie podwyższa wartość nagrań, zwłaszcza jeżeli ktoś nie ma od urodzenia waty w uszach. Oprócz tego pobrać możemy również wersję mp3, co też jest miłym gestem, jeżeli np. nasz przenośny odtwarzacz nie obsługuje plików FLAC.

Obiecałem na facebooku, że po dokonaniu pierwszego zakupu skrobnę kilka słów o obecnych paczkach. Niestety zarobiony jestem ostatnio, więc póki co ograniczę się do paczki METAL, w której znajdziemy dwa zespoły miejscowe (których nazwy nie są chyba nikomu obce), oraz dwa zespoły zagraniczne.

Chain Reaction – Cutthroat Melodies | Nie będę ukrywał, że moim zdaniem to jedna z najfajniejszych polskich płyt metalowych, z jakimi zdarzyło mi się obcować. Nosiłem się nawet z zamiarem napisania dłuższego tekstu na ten temat, no ale album ma już dwa lata, więc trochę na to późno. Korzystając z okazji napiszę więc, że płyta po prostu wymiata. Takie granie lubię. Warszawiacy jadą ostro, dynamicznie, z wykopem, z groovem, z dużą ilością niskich tonów i męskimi wokalami. Nie jest to żadne odkrycie, ale całość jest niewiarygodnie świeża. Metalowe riffy, dużo motoryki a la Anthrax, duch imprezowego rock ‚n’ rolla, przebojowe refreny (łączone wokale!). Dla przykładu wrzucam numer, który chyba najbardziej przypadł mi do gustu i dobrze oddaje ogólny zamysł Cutthroat Melodies (refren!).

Dirge Eternal – Under The Spell / Lucifers Lullabye (Split) | Fiński Dirge Eternal prezentuje bardzo skandynawskie podejście do heavy metalu, ubarwiając riffowanie melodyjnymi wokalami, chórami i dodatkami aranżacyjnymi w orkiestrowym stylu. Kojarzyć się to może (również ze względu na horrorową tematykę) z klasykami gatunku, Mercyful Fate, czy wciąż dość świeżym odkryciem, szwedzką grupą Ghost. Nie jest to może aż tak wysoki poziom, ale posłuchać na pewno warto.

Lostbone – Ominous | Kolejna grupa ze stolicy, kolejna, w której z mikrofonem w łapie ciśnie Bartek „Barton” Szarek. Uwielbiam historię Lostbone, zawsze podobała mi się determinacja Przemasa i to, jak pomimo wielu zmian personalnych nie zatrzymywał się ani na chwilę i doprowadził swój band do wydania trzech albumów i dwóch EP, oraz zagrania niezliczonej ilości udanych koncertów w przeciągu zaledwie 5 lat. Wydany w bieżącym roku Ominous to świetna pozycja, nawet dla osób nie siedzących na co dzień w cięższych brzmieniach. W muzie tej zawsze była spora dawka chwytliwości, w riffach, wokalach, w rytmie. Oprócz tego zespół nieco zwalnia, pokazując w wielu numerach szersze spektrum swoich talentów – choć oczywiście nie brakuje szybkich, błyskawicznych ciosów, będących ich znakiem rozpoznawczym od zarania działalności.

Tuzmadar – Fenyek | Ostatnia opisywana pozycja jest jednocześnie najbardziej intrygującą. Węgierski power metal. Śpiewany po węgiersku. Jak „Dziewczyna o perłowych włosach”. Nie ukrywam, że jeżeli chodzi o tę odmianę metalu (w sensie, że power, nie że Węgry), to raczej zacząłem i skończyłem na Helloween, ewentualnie – siłą rzeczy – Gamma Ray, ale generalnie niezbyt lubię, niezbyt poważam. Tymczasem Tuzmadara da się słuchać. Może nie w każdym momencie, ale jest trochę numerów z dobrymi riffami i wokalami. Np. Hazataras, trochę jak Helloween, tylko jeszcze bardziej szalony, bo po węgiersku. Co jednak absolutnie nie przeszkadza, naprawdę fajny język, również do metalu.

Poza opisaną czwórką mamy jeszcze dwa bonusy spod bander Emerald oraz Burn The Witch. Ich odkrycie pozostawiam już Wam, bo mnie nie było stać. Możecie podzielić się wrażeniami, tylko spieszcie się, bo paczka niedługo znika ze strony.

Otagowane , , , , ,

Pogromcy mitów, czyli recenzja Mama Selita – 3, 2, 1…!

Nie można czuć się zupełnie bezpiecznie recenzując, oceniając, opisując czy szufladkując muzykę Mama Selity. Albowiem jak sami utrzymują, maminsyny są z nich krnąbrne, a o wszelkiej maści paskudnych krytykach wypowiadali się już nie raz w bardziej lub mniej dowcipny sposób.

No bo nie dziwię się, że porównania wymieniane przez Igora w Rockym mogą drażnić, ale z drugiej strony, do tej pory większość z nich wydawała się jak najbardziej niebezpodstawna. Byłem ciekaw reakcji chłopaków na ocenę jury w Must Be The Music, kiedy po raz kolejny padło porównanie do Rage Against The Machine, tym razem ze strony faceta z Afromental. A parę miesięcy wcześniej zastanawiałem się w klubie Chwila skąd pomysł na granie utworów RATM-u i RHCP w czasie koncertu. Chęć pójścia na przekór czy brak konsekwencji?

Niemniej wreszcie nadszedł czas, by zmierzyć się z tak długo wyczekiwanym (serio chłopaki, wybaczcie, że tyle razy pytaliśmy was „kiedy płyta” – to miał być komplement), debiutanckim krążkiem 3, 2, 1…! Także zabawmy się w pogromców mitów.

Rage Against The Machine

Przeglądając na szybko Internet łatwo dojść do wniosku, że jest to porównanie najczęstsze. I gdy posłuchać utworu Brudne Bomby wszystko wydaje się absolutnie oczywiste – od bujającej sekcji, przez funkujący i agresywny riff gitarowy, po wokale. Nawet tekstowo, choć nie ma politykowania, można poczuć buntownicze nastawianie, ze zrzucaniem bomb i jednoczeniem się w większą ekipę („każdy mój człowiek to jeden ładunek”). Podobne skojarzenia budzić mogą, choć w mniejszym stopniu, otwierający płytę Napad, a także przewijający się po tym tekście niczym Tom Morello w rankingach najbardziej oryginalnych gitarzystów w historii muzyki rockowej Rocky, oraz Moment, nagrany z gościnnym udziałem Hadesa z HiFI Banda. Zauważmy jednak, że nie jest to nawet połowa albumu. I tu Mama Selita zaskoczyła mnie naprawdę pozytywnie. Na albumie postanowili naprawdę pokombinować i pokazać różne odcienie swojej twórczości, w dużej mierze stawiając na klimat. Oprócz tych kilku cięższych petard podają rockowo-alternatywne granie w postaci Mistrzyni kamuflażuZłego chłopaka czy klimatyczne, spokojne kompozycje: znany od wielu lat z koncertów lecz ciekawie odświeżony DymDobranoc, czy chyba najbardziej udany, znakomity na zamknięcie albumu Czas przeszły.

Red Hot Chili Peppers

To porównanie chyba od zawsze wynikało przede wszystkim z efektu pierwszego skojarzenia, powiązanego z niską świadomością muzyczną dotyczącą bardziej funkowych brzmień. No bo basista coś tam zawija, gitara funkuje, wokalista buja się przy statywie – no Flea i spółka, jak nic. I porównanie nie było takie fatalne, ale więcej sensu miało jednak dobre parę lat temu. Nie mówię już nawet o czasach najbardziej zamierzchłych, kiedy Mama Selita miała jeszcze długowłosego śpiewaka na stanowisku frontmana, ale choćby brzmieniu sprzed zmiany basisty. Obecny człowiek odpowiedzialny za niskie tony, Herbert, odchodzi od grania zwariowanych i wyrazistych groove’ów w kierunku tworzenia spójnej sekcji z perkusistą. Zostawia tym samym więcej miejsca na wokal, który czasem może coś tam śpiewnie zarapuje, ale jednak jest to rap (no dobra, Kiedis też na początku rapował, ale różnica jest chyba wyraźna), a także na gitarę. Grzesiek gra w bardzo zróżnicowany sposób, często piosenkowo-akordowy we wspomnianych bardziej rockowych-mniej rage’owych numerach, czasem robi tło – parę odniesień można by zaznaczyć, jak np. świetna, ciągnąca się i przechodząca w solo partia w utworze Dym, która spokojnie mogłaby znaleźć się na albumie Californication (ten sposób płynięcia riffu, coś jak w Parallel Universe chociażby). Ale to już takie szukanie podobieństw na siłę.

Fisz

To kolejne auto-porównanie zaczerpnięte z Rocky’ego i zawsze gdy je słyszę zastanawiam się, czy to czasem trochę nie taki auto-komplement. Nie ujmując nic Igorowi, ale – jak wiadomo – Fisz Wielkim Artystą Jest. Może i jest trochę Waglewskiego w sposobie wydobywania fraz, ale generalnie Pan Seider (pan nie zejdzie, był taki numer Duży Luz, nie? do dziś go słucham, nie wiem czy powinienem o tym pisać, ale mam na dysku koncert live z Progresji, rok chyba 2006) tworzy własną jakość wokalno-liryczną i jest prawdopodobnie najbardziej oryginalnym elementem tej układanki (choć tu należy wziąć poprawkę na fakt, iż nie jestem aż tak za pan brat z rapem, żeby moja opinia była faktycznie mega wartościowa). Nie wiem jak tam jest w zespole z tekstami, czy powstają solo czy kolektywnie (trzeba będzie kiedyś zapytać), ale są naprawdę dobre i to jest z kolei opinia, z którą nikt nie ma prawa się nie zgodzić, bo się znam. Jest fantastyczne malowanie widokówek, które podoba mi się zwłaszcza w strofach dotyczących Warszawy („Chmielna, modne gangi na Vespach, stare Smieny, styl warszawskiej bohemy / wszystkie noce, które chcesz odespać i ta jedna z nim na Cytadeli” – Zły chłopak), nastrojowy storytelling (Dym), trochę rockowej autotematyki (Napad) czy kawałki bardziej zaangażowane – nazwijmy to – społecznie, dające do myślenia, a jednocześnie zabawne i inteligentne (Moment czy nastroszony świetnymi wersami Nie wolno się śmiać, gdzie Igor jest „serio, jak znicz na lastryko”).

Podsumowanie

Nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało w telewizji, ale chyba mogę napisać, że mity udało się w dużej mierze obalić, a Mama Selita swoim gorącym debiutem mocno narusza klej, na który przyczepiono doń te wszystkie dziennikarskie łatki. Może nie do końca, nie wszystkich porównań uda się uniknąć, ale dajcie spokój, nie dajmy się zabić za oryginalność. Niech się zabijają owinięci rozgałęziaczami hipsterzy na Powiślu.

O ile zespół zawiódł mnie na ostatnim koncercie, dobierając oczywiste covery itd., o tyle płyta naprawdę niemalże zachwyca. Zróżnicowana, klimatyczna, świetna zarówno na gorący warszawski dzień, jak i na wieczór spędzany gdzieś na balkonie na dwunastym piętrze, gdzie oddajesz się melancholii będąc dla postronnych jedynie niewidocznym, delikatnie rozżarzonym punkcikiem na końcu swojego ostatniego papierosa przed snem.

Jak ktoś jeszcze nie ma, to biegiem do sklepu albo przez Internet. I pytamy ich na złość, acz zupełnie serio: „hej panowie, kiedy nowa płyta?”

Otagowane , , , , , ,